piątek, 3 kwietnia 2015

3 kwietnia, wtorek. "miliony iskier i tysiące snopów ognia"

Dzisiaj, 3 kwietnia 1945 komendant twierdzy Wrocław Hermann Niehoff ma urodziny. Pamiętamy, że w dniu kiedy poprzedni komendant obchodził urodziny, nie tak dawno temu - 20 lutego - zaczęły się jego kłopoty z Gauleiterem Karlem Hanke. Intrygami, korzystając z wpływów w bunkrze Hitlera, za pośrednictwem Martina Bormanna Hanke doprowadził do zmiany na stanowisku komendanta. Ahlfenowi wytoczono proces i groził mu pluton egzekucyjny. Niehoff jednak nie tylko pomógł Ahlfenowi ratując mu życie, ale co więcej nie stał się człowiekiem Gauleitera. Czy koniec problemów na linii komendant - gauleiter wynika z charakteru Niehoffa, czy zmiany sytuacji tego nie da się rozstrzygnąć. Prawdopodobnie, skoro Berlin był zagrożony atakiem, sprawy Wrocławia spadły daleko poza margines zainteresowań. O ile na przełomie lutego przedmiotem kontrowersji i długotrwałych sporów między najważniejszymi osobami w państwie było przysłanie niewłaściwego batalionu spadochroniarzy (III batalion składał się ze spieszonych lotników, a nie komandosów, dopiero Niehoff przywiózł w ciągu dwóch tygodni pozostałe dwa bataliony komandosów) to teraz, bezpośrednim przedmiotem zainteresowania samego Hitlera stało się przysłanie do Wrocławia sześciu armat, co wszyscy odradzali bo droga powietrzna była już niepewna. I rzeczywiście, na osobisty rozkaz Hitlera armaty wysłano, ale do Wrocławia dotarła tylko jedna. Co i tak nie miało żadnego znaczenia, bo twierdza cierpiała na niedostatek amunicji artyleryjskiej.

Państwa Osi przegrywały od dawna na całej linii, Japonia dopiero co przegrała krwawą bitwę na Iwo Jimie, a dwa dni temu, 1 kwietnia zaczęła się inwazja na Okinawę, wczoraj 2 kwietnia rozpoczęła się operacja wiedeńska. OKH wystawiło w roli ostatniej rubieży Berlina na zachód od Odry Grupę Armii Wisła (Heeresgruppe Weichsel) pod dowództwem generała Heinriciego, w sile pół miliona żołnierzy. Naprzeciwko tej armii, po drugiej stronie Odry do ataku szykował się 1 Front Białoruski marszałka Żukowa w sile ponad 700 tys żołnierzy. Właśnie dziś obaj marszałkowie Żukow i Koniew przylecieli z Moskwy do swoich sztabów mając zupełnie nowe rozkazy (pisaliśmy o tym w "Depesza Eisenhowera (SCAF 252)") i tajne polecenie Stalina wyznaczające datę rozpoczęcia operacji berlińskiej. Rozpoczęła się ostatnia rozgrywka tej wojny. Oba Fronty miały porzucić umacnianie swoich pozycji i niemalże natychmiast przystąpić do wielkiej, połączonej ofensywy.

Podobnie jak Grupa Armii Wisła Heinriciego także front niemiecki we Wrocławiu miał tylko jedną linię, brak zaplecza i rosnące niedostatki w zaopatrzeniu. Brakowało amunicji do słynnych osiemdziesiątek-ósemek, zwanych w konwencji niemieckiej (używali centymetrów do określania kalibru broni) Acht-Acht, najsłynniejszej armaty tej wojny. Była to niezwykle cenna broń, chociaż niespecjalnie przystosowana do walk w mieście, ale we Wrocławiu - właśnie z powodu braku amunicji - niepotrzebne armaty wmontowywano w barykady.

W wyniku szturmu 359 Dywizji Piechoty przeprowadzonej z Nowego Dworu na płytę lotniska na Gądowie Małym siły obrońców zostały zmiażdżone i lub wyparte, sowieci dotarli do Odry i utworzyli szeroki front na całym zachodnim skraju Popowic (Pöpelwitz), na wschodniej krawędzi Gądowa wciąż były linie niemieckie. Bastionem obrońców, którzy w tym czasie zdążyli przegrupować siły na nowej linii frontu stał się Śląski Instytut Edukacji Niewidomych (Schlesiche Blinden-Unterrichts-Anstalt) zespół solidnych gmachów istniejący do dziś i pozwalający wyobrazić sobie jak wyglądały Popowice niegdyś. Przedmiotem dyskusji jest postępowanie atakujących, którzy zamiast korzystając z przełamania wedrzeć się jak najdalej pozostawili najważniejsze osie ataku i uderzyli w kierunku Odry odcinając siły niemieckie na zachód od swoich pozycji. Utracili w ten sposób, być może ryzykowną ale ostatnią sposobność do szybkiego postępu w stronę centrum miasta. Odcięcie nielicznych oddziałów nie przyniosło spodziewanych korzyści, bo bez strat przeprawiły się przez stopień wodny Rędzin (Ransern) i dołączyły do sił na prawym brzegu Odry. Powtórzyła się historia z uderzenia od południa, tylko że tam sowieci zostali zatrzymani w krytycznej chwili przez samobójczy kontratak Hitlerjugend, tym razem utracili tempo chcąc zając dogodną pozycję. Przyniosło to kolejne tygodnie rzezi i destrukcji.

Było jednak coś co mogło odmienić tę sytuację, wciąż była szansa na pokonanie twierdzy w kilka dni. Na północnej rubieży miasta do ataku szykowały się polskie oddziały 2 Armii LWP. Nie mieli jeszcze doświadczenia w walce, dla sporej części tych żołnierzy w ogóle duże miasto było nowym doświadczeniem. Jak wspomina ppłk Ryszard Skała: "rozłożona płachta planu leżała na dużym, dębowym stole. Przychodzili koledzy, przyglądali mu się żołnierze, egzaminowaliśmy się ze znajomości miasta: Matthiasstraße, Gartenstraße, Palmstraße, Alee der SA... Wiedzieliśmy: to miasto będzie nasze. Jeszcze jedno z wielu pogorzelisk, jeszcze jedna ruina, jeszcze jeden masowy cmentarz". Jutro miał się rozpocząć proces luzowania jednostek sowieckich. Przez poprzednie dwa dni Polacy patrzyli na bombardowanie miasta.

Hugo Hartung tak je opisuje 2 kwietnia: "Tej nocy mieliśmy wrażenie jakby cały Wrocław stał w płomieniach. Przez okrągłą noc byliśmy zaangażowani do gaszenia pożarów, podczas gdy wokół bez przerwy śmigały bomby. W mętnym świetle ognia małe sowieckie "maszyny do szycia" krążyły bardzo nisko i szyły nad miastem amunicją smugową. To były dodatkowe fajerwerki. Na zachodzie płoną ulice odchodzące od pl. Macieja, na wschodzie stoi w płomieniach dzielnica katedralna. Co jakiś czas, w długich odstępach bije jakiś kołysany żarem ciężki dzwon. Wielkanocny dzwon we Wrocławiu. Ognista nawałnica przetacza się przez nasze podwórze, impet pożogi wyrzuca w górę płonące kawałki płonącego drewna i wirujące snopy iskier, które opadają na dachy płodząc kolejne zarzewia. I tak oto piekło nieustannie szaleje przez cały drugi dzień świąt. jesteśmy niewyspani, brudni - pompa nie ciągnie już wody, a dym gryzie nas w oczy". Natomiast dzisiaj : "Niesamowity spokój. Pada deszcz. Ciężkie duszne powietrze nasiąkłe odorem spalenizny. Wielkie kamienice po zachodniej stronie placu zamieniły się w ruiny. Żółte forsycje na skwerze są czarne i zwęglone. Tymczasem na grządce za naszą piwnicą rozkwitły podczas tych gorących nocy tulipany i hiacynty".

Wrocław 1945
Ksiądz Peikert: "Rezultatem bombardowania w Wielką Niedzielę było straszne spustoszenie naszego miasta. [...] W Poniedziałek Wielkanocny dokończono dzieła rozpoczętego w Wielką Niedzielę. Naloty trwały dalej, ale bardziej niż naszą dzielnicę dotknęły one śródmieście i północ. Około godz. 16.30 rozszalał się straszliwy pożar miasta, wywołany chyba przez bomby fosforowe zrzucone przez nasze własne samoloty. Przez cały Poniedziałek Wielkanocny szalała wichura. Pod wieczór przeszła ona w prawdziwy huragan. Naraz ogień poszedł ulicami miasta i od domu do domu poczęło się palić w różnych miejscach: wkrótce stanęły w ogniu całe ciągi ulic, a potem całe dzielnice. Huraganowy wicher pognał wnet przez miasto miliony iskier i tysiące snopów ognia. Wybuchy zniszczyły całkowicie okna domów. Wichura wniosła do mieszkań tysiące iskier i snopów ognia przez wybite okna. W poduszkach, łóżkach i zasłonach znalazły one obfity żer. Potem domy stawały nagle w ogniu od dołu do góry niby wielkie piece. [...] Nie wiedzieliśmy, jak się z tej pożogi wydostać. Dosłownie przez korytarz ognia, poprzez podwórko posesji musieliśmy dotrzeć do Alexanderstraße, wciąż w obawie, że staniemy się płonącymi pochodniami. Jednak również na Alexanderstraße, którą uciekaliśmy w dół, spadały na nas miliony iskier. To samo przeżyliśmy na Herbert-Welkisch-Straße. Zawalone domy tarasowały ulice górami gruzu. Obawialiśmy się każdej chwili, że możemy się stać płonącymi pochodniami. Po drodze natknęliśmy się na całe grupy i oddziały członków Volkssturmu uciekających z piwnic płonących domów w poszukiwaniu bezpiecznych schronów. [...] Tu z mostu widzieliśmy płonący Wrocław. Z Kaiserbrücke rozpościerał się przed nami nieopisanie smutny widok płonącego Wrocławia, niezapomniana panorama grozy. Płonęły więc dzielnice po obu stronach Odry, po prawej stronie Odry od Kaiserbrücke po Gneisenauplatz (pl. Gen. Bema) aż do Sternstraße (Sienkiewicza), po lewej stronie Odry od Weidendamm (Na Grobli), Klosterstraße w dół, Ohlauerstraße poprzez gmach Poczty Głównej, Altbusserstraße (Pokutnicza) i Neumarkt aż po Sandinsel (Wyspę Piaskową). Płomienie buchały z wież kościoła katedralnego; dach Katedry był jednym morzem płomieni; płonął kościół Św. Michała, kościół Na Piasku, Św. Wincentego, Św. Wojciecha, Św. Maurycego, Św. Bernarda, Św. Krzysztofa i wszystkie ciągi ulic między tymi kościołami, przede wszystkim zaś Biblioteka Uniwersytecka. Niesamowity i ponury był obraz płonącego Wrocławia wieczorem w Poniedziałek Wielkanocny i w nocy, obraz zagłady najpiękniejszej części tego ładnego miasta. Ciemne, zachmurzone niebo płonęło czerwienią. Gigantyczne kłęby dymu zawisły nad całym miastem. Ciągle odwracaliśmy się, aby spojrzeć na ten makabryczny obraz. Uciekaliśmy wzdłuż Uferzeile (Wybrzeże Wyspiańskiego). [...] We wtorek wielkanocny kontynuowaliśmy naszą wędrówkę na Sępolno, szedłem bowiem za moją parafią, aby tam znów rozpocząć działalność kapłańską i znaleźć mieszkanie dla siebie i moich współlokatorów. Gryzący dym wisiał nad całym miastem. A tymczasem pożar rozszerzał się coraz bardziej. Oczy piekły od żaru i dymu ubiegłych dni".

W ciągu tych dwóch dni bombardowań zniszczono historyczne centrum miasta, cały Rynek (z wyjątkiem zachodniej pierzei i kościoła św Elżbiety) i jego okolice, w niewielkim tylko stopniu został zniszczony gmach główny Uniwersytetu oraz kościół Imienia Jezus, ocalała również niezrównana perła architektury gotyckiej - kościół św Krzyża. Ale to były wyjątki, zdjęcia lotnicze z 1947 ukazują gęstą siatkę pozbawionych dachów murów, wypalony i wyczyszczony w ciągu poprzednich dwóch lat szkielet zmasakrowanego miasta. W 1947 można było podziwiać Wrocław jak sterylny, bezpieczny pomnik strasznej wojny, do tego czasu usunięto już większość gruzów, chwiejące się ściany zwalono. Ale w kwietniu 1945 ten pomnik żył własną destrukcją i pochłaniał kolejne ofiary, budynki wciąż były trawione płomieniami, gęsty duszący dym spowił miasto i pokrył wszystko trudną do usunięcia sadzą. Jest to tzw kopeć wojenny, ciężkie węglowodory, śmiertelnie niebezpieczne i tworzące trudny do usunięcia brudny nalot na każdej powierzchni, wciąż widoczny na wielu budynkach we Wrocławiu. Od późnego średniowiecza większość budynków wznoszonych we Wrocławiu była murowana, ale aż do początków XX wieku kiedy zaczął triumfować żelbet, te murowane domy miały drewniany szkielet dachu i często kryte były papą. Często górne piętra też miały konstrukcję drewnianą. Już od wielu dni widzieliśmy Wrocław pokryty brudem, którego nie mógł zmyć żaden deszcz, pokryty wszechobecnym unoszącym się kurzem wznoszonym przez walące się budynki. Bombardowanie wielkanocne pokryło miasto grubą warstwą sadzy i zasłoniło je śmiercionośnym dymem. Kiedy ruiny wystygły zaczęły śmierdzieć rozkładające się w nich zwłoki. Na zabitych wrocławianach wyrosło pokolenie wielkich i śmiałych szczurów. Był też jeszcze jeden, zupełnie nieoczekiwany skutek tych bombardowań. Przestały jeździć tramwaje. Od dawna były już tylko propagandowym trikiem bez znaczenia, ale tworzyły ostatni jeszcze działający fragment miejskiej rzeczywistości, który tworzył pozory normalności. Od bitwy wielkanocnej Wrocław był już tylko morzem ruin. Zainteresowanych tym dramatycznym okresem historii wrocławskiej polecamy wpis "7 kwietnia, sobota. "Zadaniem oblężonych jest obrona twierdzy do ostatniego człowieka"", w którym przytaczamy obszerną relację z okresu 31 marca do 3 kwietnia księdza Waltera Laßmanna. [td]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz