wtorek, 31 marca 2015

31 marca


31 marca, sobota
Szach bez mata, zawodnicy kolejny raz analizują ustawienie laufra względem królowej a Wrocław wchodzi w kolejny przełomowy moment. W oczekiwaniu na wielki wybuch,  bliżej mu do tykającej bomby. Ostrzał artyleryjski jaki ponowiła 6 Armia jest zapowiedzią burzy której nadejścia wszyscy się spodziewają. Ostatnie długie tygodnie zawieszone pomiędzy zrujnowanymi kamienicami na skrzyżowaniach bogatego południa muszą mieć swój epilog. Podskórna intuicja nie może zawieść. Okrążenie które trwa już tak długo musi się zakończyć a temida z ulicy Sądowej wciąż nie może się zdecydować komu przyznać rację. Przybycie 2 Armii Wojska Polskiego jest jak as wyciągnięty z rękawa. Żołnierze wśród których był ppor. Waldemar Kotowicz na zajętych pozycjach czekają na rozkaz, coraz bardziej oswajając się z miastem
„(…) Na lewo wśród zieleni ogrodów, rozmazanych rdzawymi plamami rozkwitłych bzów, pstrokaciły się zabudowania Psiego Pola. Na wprost sterczały potargane przęsła zerwanych mostów na Widawie, a za nimi, za bagnistą łąką z kaczeńcami, rozpościerał się Wrocław. Rozpościerał się w naszej wyobraźni panoramą strzępiastą wieżami kościołów, zwartą bielą gmachów przetkaną cętkami skwerów, z pajęczyną ulic i szerokim połyskiem Odry. W rzeczywistości widzieliśmy gigantyczną chmurę kurzu i dymu, która okrywała całe miasto, kotłowała i rozlewała się na boki, mrocząc południowe słońce. Widzieliśmy olbrzymie jęzory płomieni gęsto przebijające pogorzelę i krótkie błyski eksplozji, gaszone pyłem z tego, co było domem, szkołą, świątynią. Lecz nigdzie w zasięgu naszego wzroku, choć sześciokrotnie wzmocnionego szkłami lornetek, nie było wyniosłych gotyckich wież, nie było białych gmachów ani zielonych skwerów, ani otwartych ulic, ani zarysu Odry. Był obłędny w swej wielkości i wymowie, trudny do określenia słowami obraz bronionego i szturmowanego miasta-twierdzy… Sympatyczny lejtnant przypadkowo spotkany na linii umocnień radzieckich zaproponował nam swoje towarzystwo w roli przewodnika. Wiedział już, że oddziały walczące w rejonie Psiego Pola i Brochowa mają być zluzowane przez jednostki polskie, traktował nas więc jak przyjaciół i gospodarzy tego odcinka. Informował o rodzajach broni i metodach walki Niemców, objaśniał system własnych pozycji, pokazywał działobitnie, transzeje i punkty orientacyjne(…)”
Żołnierze polscy w oczekiwaniu na atak poznali bardzo dokładnie topografię miasta, nazwy niemieckich ulic, rozkład skrzyżowań, dzielnic i mostów. Rozkaz sztabu zapadł już dawno. Data polsko-radzieckiego natarcia została określona na pierwszego kwietnia, i nie miał być to żart prima aprilisowy.  Jednak nim działa 28mm radzieckiej artylerii zamruczą  napięcie staje się nie do zniesienia. Nie do zniesienia, szczególnie dla Rosjan było poprawiające się zaopatrzenie Niemców w żywność i broń, głównie za sprawą lepszej pogody i możliwości szybkich zrzutów lotniczych. Aby wzmocnić swoją pozycję, lokalnie oddziały radzieckie rozpoczęły już dzisiaj zdobywać przewagę. 359 Dywizja Piechoty po odparciu kontrataków zdobyła właśnie Nowy Dwór i Kuźniki. 294 Dywizja Piechoty była już w Maślicach Wielkich spychając niemieckie oddziały na prawy brzeg Ślęży. A więc od zachodu wyglądało to tak, że posiadłość Remusa von Woyrsch feldmarszałka królwskiego była już po stronie sowietów. Z pewnością Remus dowódca Armeeabteilund Woyrsch przewracał się w grobie, po tym jak Rosjanie zabawili w jego majątku w Pilczycach. Z pewnością nie podobało się to także jego bratankowi Udo który jako dowódca śląskiej  SS i Policji co jak co ale  skośnookich Rosjan nienawidził ponad wszystko już od czasów Einsatzgrupe której przewodził we wrześniu 1939 roku.
Właściwie przygotowania do jutrzejszego natarcia rozpoczęły się już wczoraj w nocy. Ostry ostrzał artyleryjski z katiusz i dział ciężkiego kalibru trwał cztery godziny. O godzinie 10 ruszyło także natarcie poprzedzające nawałnicę kwietniową w rejonie Pilczyc. Cel był jeden, jednak nim się to stanie trzeba było zdobyć lotnisko na Gądowie i odebrać Niemcom ostatnią możliwość ucieczki.
Zawrzało także na południu. Front przesunął się do stawu przy ulicy Kwaśnej, dokładnie w miejscu gdzie obecnie znajduje się boisko szkolne VII LO. W późnych godzinach wieczornych Niemcy przeprowadzili nieudany kontratak w okolicach ul Grabiszyńskiej. Bombardowanie nie ominęło także parafii Św. Maurycego. Jeden z ostatnich wpisów Ks Peikerta bardzo wymownie to przypomina:
„(…)Gdy w Wielką Sobotę po południu siedziałem bardzo zajęty w konfesjonale, rozpoczęło się niespodziewanie o godz. 16 silne bombardowanie artyleryjskie naszej dzielnicy z najcięższych dział.
Kościół wraz z okolicznymi budynkami ucierpiał poważnie. Ciężki pocisk ugodził kościół w południowy szczyt dachu nad transeptem od strony Klosterstraße i świątynia zadrżała w posadach. Obecni
w kościele żołnierze pierzchnęli z ławek do nisz i ku wieży. Dach został mocno rozerwany, istniejące jeszcze okna zniszczył doszczętnie podmuch, lecz wnętrze kościoła pozostało nie uszkodzone.
Bombardowanie trwało 20 minut. Również nasza posesja Garvestraße 29, została dwukrotnie
trafiona, tak samo sąsiednia posesja. Po piętnastominutowej przerwie powtórzył się ten obstrzał.
Wówczas stracił życie jeden człowiek z grona obecnych mieszkańców plebanii. Stało się to w chwili,
gdy zamierzał oczyścić podwórze kościelne z licznych kawałków muru pokrywających chodniki po
wybuchu ciężkich pocisków. Był to bardzo smutny wstęp do święta Wielkiejnocy. Do głębi
wstrząśnięty i wewnętrznie całkowicie załamany wracałem w ten wielkosobotni wieczór na plebanię.
Teraz uświadomiłem sobie w pełni, jakie groźne niebezpieczeństwo zawisło nad naszą świątynią.
W tę wielkosobotnią noc spałem po raz pierwszy w piwnicy(…)
Co będzie jutro, czy Wrocław nie pęknie w pół, czy wytrzyma kolejne godziny ciężkiego ostrzału?[tom]


poniedziałek, 30 marca 2015

30 marca, Wielki Piątek. "Napis z ognia na mur dla tych gnębicieli i oprawców narodu"

Jutro pożegnamy na zawsze rzeczową i obszerną, bogatą w szczegóły kronikę księdza Peikerta. Pozostaje jego inny tekst, pisany dość ogólnikowo opis wydarzeń do maja 1945. Peikert bardzo rzadko pozwalał sobie na emocjonalne uniesienia. O swojej ocenie sytuacji pisał wprost, bez ogródek, nie wplątując w treść żadnych gdybań i wątpliwości. Ale w ten sposób, mimowolnie czyni nas świadkami relatywizowania etyki działania w ocenie tzw dobrego Niemca. Nad dolą podbitych narodów ubolewa kiedy ten los - wygnańca i ofiary wojny - dotyka samych Niemców. 10 tysięcy wrocławskich Żydów i z jego świadomości zniknęło nie tylko bezpowrotnie ale zostało wymazanych w ogóle z historii miasta, tak jakby w ogóle nie istnieli. Jakaś część uwagi poświęca im przywódca wrocławskiego kościoła wyznającego (część kościoła luterańskiego nie poddająca się hitlerowskiej dogmatyce) pastor Ernst Hornung, ale i to dotyczy tylko miszlingów (mieszańców) oraz członków gminy luterańskiej pochodzenia żydowskiego. Klanowość (etniczna, zawodowa, ideologiczna) i podziały klasowe tworzyły osobnych niemieckich ludzi nie tylko nie umiejących porozumiewać się ze sobą, ale często mających problem we wzajemnym zauważeniu się. Społeczeństwo tych czasów było o wiele bardziej zaangażowane w rozmaite organizacje społeczne i polityczne, ale był to albo objaw albo przyczyna dla której nie widziało się jako całość. Duch wspólnotowy kończył się na wycieraczce przed drzwiami. Być może dlatego z tak zaskakującą łatwością hitlerowcom przyszło zapanować nad tym wielkim krajem. Szybko i skutecznie zmanipulowali i uprzedmiotowili wszystkie istotne części tego kraju, a duch protestu, któremu przecież nie brakło ani organizacji ani ludzi, nie odnalazł zjednoczonego wystarczająco silnego wyrazu. Wyglądało to tak jakby sukces nazistów skompromitował republikę weimarską, a kompromitacja republiki zapewniła sukces nazistów. Co było tu pierwsze - jajko czy kura?

Nie dywagując nad tym ksiądz Peikert opis dnia dzisiejszego zaczyna głęboko w nocy. W nocy bowiem jest jedyny czas kiedy można prowadzić przesiedlenia, ukryć ruch ludności przed lotnictwem nieprzyjaciela: "Znów była stosunkowo spokojna, niezakłócona noc. Po nocy znów dochodziły odgłosy zbiórki wysiedleńców, z poszczególnych ulic przed lokalem grupy obwodowej. Wobec wielkiej liczby ewakuowanych trzeba wykorzystać również noc, aby tych ludzi zaprowadzić na ich nowe miejsce schronienia. Raz po raz wybucha płacz i szloch ludzi, którzy żegnają wtedy dom i udają się w nieznane. Wstaję znów wczas rano, by w ciszy godzin porannych wczuć się w powagę tego dnia. Rzadko się trafia tak głębokie zrozumienie tajemnicy Krzyża, by człowiek sam się czuł pod jego brzemieniem, jak to dziś przeżywamy. Już o godz. 5.30 udaję się do kościoła i znów oblegają mnie w konfesjonale aż do godz. 7, gdy rozpoczynają się ceremonie wielkopiątkowe. Niedziele i święta zostały w naszej twierdzy zniesione, dlatego nabożeństwa trzeba było odprawiać już wczas rano, jak w dniu wczorajszym. Dzisiaj okazuje się, jak parafia opustoszała. Gdy zwykle kościół był w Wielki Piątek przepełniony, głowa przy głowie, to dziś ławki są tylko częściowo zajęte. Pozostała mała garstka, a wśród uczestników nabożeństwa jest nawet pewna liczba osób, które przybyły z Sępolna, aby święcić Wielki Piątek w swym macierzystym kościele. Podniosłe ceremonie tego dnia przebiegają zgodnie z rytuałem, bez tej zewnętrznej okazałości, jak dawniej, o wiele skromniej, ale może oddziaływają silniej. Jakże wzruszają modlitwy u krzyża za wszystkich tych ludzi, także za tych, którzy tułają się na obczyźnie (peregrinantibus). Jakimż przeżyciem staje się odsłonięcie krzyża, zwłaszcza w naszym kościele! Wielki krzyż na ołtarzu głównym, który jest zasłonięty, zdejmuje się. Jest to wielki, pełen wyrazu krzyż, toteż jego odsłonięcie może także skutecznie oddziaływać. Chwyta za serce rozbrzmiewające "Ecce lignum Crucis" [Oto drzewo Krzyża] w nawach kościoła. Grób, skromny i prosty, jak już wyżej powiedziano, jest w bocznym ołtarzu. Ponieważ parafia jest tak nieliczna i Najśw. Sakrament wystawiony stałby samotnie, bez modlących się, został więc przechowany w tabernakulum bocznego ołtarza, a świece paliły się przez cały dzień. Smutkiem nastraja dziś Wielki Piątek, ból ściska wszystkie ludzkie serca, a niepewność jutra przygnębia bardzo". I nagle w kronice księdza Peikerta odnajdujemy głos zupełnie inny, taki do którego pojawienie się po tak długim czasie znoszenia tyranii i terroru twierdzy zaskakuje: "Oby te utrapienia i niedola zbliżyły znów naród niemiecki do Boga. Wtedy po obecnym Wielkim Piątku naszego narodu nadejdzie wspaniała Wielkanoc: wielki powrót do Chrystusa i jego świętego Kościoła. Dziś nadchodzi wiadomość, że na trzy grupy obwodowe dokonano zamachów za pomocą bomb zegarowych. Bomby te umieszczone były w teczkach. Teczki pozostawiono w biurach grup obwodowych; potem w odpowiednim czasie eksplodowały. Napis z ognia na mur dla tych gnębicieli i oprawców narodu: policzono, zważono, podzielono". Przypis informuje nas, że "Zamachy bombowe zostały dokonane na lokale obwodowych grup partii NSDAP (Ortsgruppe) "Gneisenau" (obecnie budynek przy ul. Kilińskiego 2) i "Elbing" (ul. Jedności Narodowej 70/72)".

Poprzedniego dnia obaj, zarówno ksiądz Peikert jak i ksiądz Laßmann informują nas o zniszczeniu kościoła pw św Józefa.: "Wbrew wszelkim obietnicom kościół wraz z przyległymi budynkami został obrócony w perzynę w Wielki Czwartek, dnia 29 marca 1945 r. Aby dzieło zniszczenia zrealizować gruntownie, wniesiono do samego kościoła 8 wiader denaturatu. To, co opierało się ogniowi, zostało rozbite brutalną i bezwzględną ręką, tak nasz piękny obraz mozaikowy, ołtarz, a nawet posadzka... Najboleśniejsze przy tym było jednak to, iż nie był to wróg, który dokonał owego dzieła zniszczenia; duszy zadano nam tu ranę, która się chyba nigdy nie zagoi..."

Laßmann: "Najmniej względów miano dla mienia prywatnego. 27 marca gauleiter Hanke zarządził akcję opróżniania opuszczonych mieszkań. Zabierano z nich meble, obrazy, dywany, jednym słowem wszelki łatwopalny dobytek, i palono na placach. "Wolni od wszelkiego balastu", jak to zapowiadał Hanke już 5 marca, mieli wrocławianie bronić swojego miasta. - Rozpacz, jaka ogarnęła mieszkańców znalazła sobie wreszcie ujście w dwóch zamachach bombowych. 30 marca wyleciały w powietrze siedziby terenowe grup partyjnych "Gneisenau" i "Elbing". Sposób przeprowadzenia tych zamachów wzorowany był na zamachu z 20 lipca, tyle że tym razem sprawców nie zdołano ująć".

budowa lotniska na pl Grunwaldzkim, rys. Paul Rose
Ernst Horning również pisze o zamachach: "Friedrich Grieger opowiada o tych wydarzeniach: "Beznadziejna atmosfera wśród ludności wreszcie znalazła swój upust w dwóch zamachach. dnia 30 marca wyleciały w powietrze siedziby dwóch Ortsgruppen: Gneisenau i Elbing, dokładnie według wzoru z 20 lipca. Podłożono tam, tak jak i wówczas, dwie aktówki z zapalnikiem czasowym, z jedną różnicą zamachowcy nie zostali zdemaskowani. Przyczyn tych zamachów można się tylko domyślać. Rozgoryczenie z powodu bezwzględnego przymusu pracy kobiet i dzieci przy grożącej śmiercią budowie pasa startowego i ponoszone tam ogromne straty, nieznane ogółowi starcia ludności cywilnej z członkami Ortsgruppen i ich funkcjonariuszami, mogły doprowadzić do tych czynów, które należy potępić. Wygląda na to, że sprawcy obu tych zamachów pozostawiali ze sobą w kontakcie albo też byli to ci sami ludzie. Zarówno sposób dokonania zamachu jak i czas były jednakowe. "Festungzeitung" oraz radio milczały na ten temat, ale i tak całe miasto wiedziało o tych zamachach, które były wyraźnym znakiem, że w oblężonym mieście mimo całej czujności Gestapo, istniał ruch oporu, a przynajmniej działały grupy oporu. Wewnętrzny opór ludności przeciwko rządom partii w tej coraz bardziej rozpaczliwej sytuacji był wszędzie wyczuwalny, tak że te dwie akcje niekoniecznie musiały być dziełem komunistów. W tym samym czasie w więzieniu na Kleczkowskiej wzrosła liczba aresztowanych i skazanych za defetystyczne wypowiedzi". Ilu ze współczesnych czytelników wspomnień pastora zamiast potępienia, odnajduje w sobie raczej pytania: "dlaczego tak późno? dlaczego tak mało?" Ruch oporu w twierdzy istniał i wkrótce, kiedy tylko pozwoli na to osłabienie działań bojowych napiszemy o nim więcej, zajmiemy się także próbą odpowiedzi na pytanie dlaczego niczego nie osiągnął, która może okazać sie zaskakująca.

Hugo Hartung nic o zamachach nie wie, pisze : "To osobliwe, że do Wrocławia znów dociera poczta, mimo że samoloty zaopatrzeniowe nie mogą już lądować ani startować. Ostatnio zestrzelonych zostało nad miastem tyle maszyn, że ranni i chorzy zaczęli postrzegać powietrzną ewakuację jako "Himmelfahrtskomamndo" - swoistą przepustkę do nieba. Poczta zrzucana jest w bombach zaopatrzeniowych i na spadochronach".

Kończy się egzekucja zwierząt wrocławskiego zoo, dokonana na rozkaz komendanta twierdzy. Dotąd, prawdopodobnie jeszcze w lutym zabito drapieżniki: wilki, lwy, tygrysy. Dziś 30 marca zabite zostały cztery słonie, prawdopodobnie przez pielęgniarzy bronią myśliwską bedącą na wyposażeniu ogrodu. Ich kości prawdopodobnie zostały zagrzebane pod wybiegiem. Niestety informacje na ten temat są niejasne i niepotwierdzone. Historii wrocławskiego zoo oraz egzekucji zwierząt podczas wojny poświęciliśy osobny wpis - Wrocławski Ogród Zoologiczny (do 1945).

Ryszard Skała, podporucznik w 1 Korpusie Pancernym i późniejszy wrocławski dziennikarz wspomina te dni: "Żołnierze chodzili poważni z niepokojem patrzyli w kierunku zadymionego Wrocławia. Bitwa w mieście... każda kamienica fortecą... walka o poszczególne piętra... zaminowane domy. Z własnego doświadczenia, z przeżytych trudów wiedzieliśmy jak ciężkie czekają nas dni. Komu przyjdzie zostać we Wrocławiu? Na czyjej drodze jak próg nie do przebycia, stanie roztrzaskane miasto. Życie ma swoje prawa. Minęło kilka dni. Wojsko łaziło na bosaka, dmuchało na spęcherzone nogi, rozchodziło się po okolicznych wioskach i wracało ze zdobyczami. W namiotach i szałasach pojawiły się pierzyny jako żywo nie należące do bojowego ekwipunku, po krzakach szkliły się porozbijane słoiki po konfiturach, łagodniały wyostrzone niedawnym zmęczeniem rysy twarzy. Długie godziny ślęczałem nad znalezionym w jednym z mieszkań planem Wrocławia. Uczyłem się miasta na pamięć. Wbijałem sobie w głowę nazwy ulic i dzielnic, miejsca skrzyżowań i położenie mostów. Może to wszystko jakoś mi się przyda, może w gorączce bitwy trzeba będzie podjąć decyzję: w prawo czy w lewo?" Jak przyszłość wkrótce okaże najgorszym wrogiem żołnierza nie zawsze jest nieprzyjaciel, bardzo często, zdecydowanie zbyt często jest to niekompetentne dowództwo, w tym wypadku katem 2 Armii okazał się nie garnizon wrocławski, a bitwa o to wielkie miasto nie była wcale najgorszym losem, który mógł ją spotkać. Najgorsze co ich mogło spotkać już się wydarzyło - był to ich własny dowódca, charyzmatyczny, osławiony jeszcze z walk w Hiszpanii po stronie Stalina generał Karol "Walter" Świerczewski zmagający się z problemem alkoholowym i niekompetentny; z powodu odpowiedzialności za masakrę własnej dywizji z której ocalało zaledwie kilku żołnierzy odsunięty od dowództwa zdawałoby się na zawsze. Jednak formowanie się kolejnych polskich Armii przywróciło go do czynnej służby. Legendarny dowódca, który się "kulom nie kłaniał", bo jakby się pokłonił to nie mógłby wstać, taki był pijany - powrócił i dowodził tym razem całą Armią. Ilu z jego żołnierzy wiedziało, że w 1920 walczył po stronie bolszewików, dowodził sowieckim batalionem, na własną prośbę na zachodnim froncie, żeby móc walczyć z Polską? Ilu znało jego zaangażowanie z mordowanie akowców? Takie też było oblicze polskości przybywającej na Dolny Śląsk. [td]

Wrocławski Ogród Zoologiczny (do 1945)

Wrocław pod wieloma względami jest miastem wyjątkowym. Ma ogromne tradycje w historii parków i ogrodów. Do początków XIX wieku jest typowym ufortyfikowanym miastem uwięzionym w ciasnocie murów, śmierdzącym i zabłoconym. Czasem cenną przestrzeń miejską poświęcano tworząc małe ogrody, istniały one w klasztorach i rezydencjach miejskich. Oprócz estetycznego miały one również znaczenie gospodarcze. Już na najdawniejszych wizerunkach Wrocławia możemy ujrzeć fontanny, których zadaniem było polepszanie powietrza i walka z wszechobecnym kurzem. Ale cały czas, żeby naprawdę odetchnąć przyrodą, trzeba było opuścić miejskie mury.

Ewenementem i unikatem w historii europejskich ogrodów był wrocławski ogród botaniczny Laurentiusa Scholza - syna wrocławskiego aptekarza i wykształconego m. in. na uniwersytecie w Bolonii lekarza. Scholz kontynuował tradycje naukowe innego znanego wrocławskiego naukowca i lekarza: Cratona von Craftheima, a do Wrocławia wrócił na stałe w 1885 (w tym roku umarł Crato) i tu spędził resztę życia. Już w dwa lata po przyjeździe tworzy swój ogród - znany w całej Europie dzięki wydanemu w 1594 zbiorowi 50 epigramatów "In Laurentii Schol zii hortum epigrammata amicorum". Był to schyłek renesansu, w Anglii najlepsze lata epoki elżbietańskiej, rok później Drake niszczy hiszpańską Wielką Armadę. Przedwcześnie, w wieku zaledwie 47 lat, umiera a ogród kupuje aptekarz Kalenberg i przeznacza go pod uprawę ziół leczniczych. Dlatego Wrocławianie dość szybko zapomnieli o tym ogrodzie. Choć istniał tylko 12 lat ogród Scholza był tworem epoki końca renesansu i łączył w sposób typowy dla manieryzmu arteficialia (wytwory rąk ludzkich: dzieła sztuki, fontannę) i naturalia: muzeum osobliwości, labirynt z rosarium, cieplarnię, piramidy z rzadkich kamieni, urządzano tam Floralia Vratislaviensia (sympozjony platońskie ze ścisłym regulaminem i nakazem tajemnicy), najwięcej jednak miejsca zajmował ogród botaniczny gdzie rosło prawie 400 gatunków na osobnych grządkach. Jeden z najciekawszych ogrodów renesansowych w krajach niemieckich i w tym czasie nie miał odpowiedników. Niestety jego dzieło nie dało przeistoczyło się w jakąś dłużej trwającą tradycję. Znajdował się dokładnie pomiędzy kościołem pw św. Krzysztofa a budynkiem IX LO (zbudowanym w latach 1891-93 jako Szkoła Ludowa "Kanonenhof"). Obecnie w tym miejscu wznosi się nowy biurowiec Skanska - na miejscu dawnej drukarni.

Dopiero rozkaz demolicji wydany przez Hieronima Bonapartego redefiniuje przestrzeń miejską na wzór francuski. Już bowiem Ludwik XIV "Król Słońce" (le Roi-Soleil) uznał, że Francja jest bezpieczna a jej stolica nie potrzebuje murów i w latach 70. XVII dokonał rozbiórki fortyfikacji tworząc Wielkie Bulwary (Les Grands Boulevards) i monumentalne bramy miejskie. Było to posunięcie polityczne, raczej manifestacja potęgi kraju niż stwierdzenie nieużyteczności fortyfikowania miast. Bardzo długo jeszcze doktryna wojskowa nakazywała utrzymywanie i rozbudowę umocnień miejskich. Dopiero epoka napoleońska ostatecznie udowodniła ich brak użyteczności. W ten sposób francuskie rozwiązanie urbanistyczne zostało przyniesione do Wrocławia za pośrednictwem francuskiego dowódcy. Wrocław posiada mnóstwo takich śladów francuskiej myśli architektonicznej i urbanistycznej - od obecnych resztek Kaiser-Wilhelm-Straße, czyli Alei Powstańców Śląskich po Hotel Monopol. Mieszczanie wrocławscy starali się bowiem czerpać z najlepszych wzorów, a zanim słońce wzeszło po drugiej stronie Atlantyku to Francja wiodła prym w tej dziedzinie. Za pewnego rodzaju skundloną formą takiego importu można uznać (uwaga: żart) pseudocorbusierowskie blokowiska. W ciągu kilkudziesięciu lat - w głównym zarysie do lat 80. XIX - na linii dawnych fortyfikacji zbudowano obecną Promenadę (słowo pochodzenia francuskiego), która łączyła miejskie tereny zielone. Jeszcze w epoce napoleońskiej, w 1811 władze pruskie zlikwidowały dwa słabe uniwersytety mając nadzieję utworzyć nowy: stworzony przez jezuitów uniwersytet wrocławski oraz Viadrinę z Frankfurtu nad Odrą. W ich miejsce utworzyły państwowy pruski uniwersytet Śląski Uniwersytet im. Fryderyka Wilhelma (Schlesische Friedrich-Wilhelms-Universität Universitas Leopoldina). Warto dodać, że zaledwie rok wcześniej powstaje Uniwersytet Humboldta w Berlinie (HU Berlin; Die Humboldt-Universität zu Berlin), pokazuje to skalę reformy w państwie pruskim. Nowo powstały uniwersytet w przeciwieństwie do instytucji jezuickiej spełnia wymogi co do minimalnej ilości wydziałów, ma ich pięć: teologii katolickiej, teologii ewangelickiej, prawa, medycyny i filozofii. Od razu też powstaje jego Ogród Botaniczny. Przez wiele lat zarówno uniwersytet jak i ogród są pozbawionymi większego znaczenia prowincjonalnymi instytucjami.

Pod koniec XVII zaczyna się w Europie tworzyć miejskie ogrody i promenady, np istniejący od 1649 berliński Großer Tiergarten, fundowane przez władców lub magnatów, później przez władze miejskie. W przypadku prywatnych parków czasem wstęp biletowano. Taki był właśnie początek najstarszego i największego wrocławskiego parku miejskiego - Parku Szczytnickiego. Jego początkiem był założony we wsi Szczytniki (Scheitnig) prywatny ogród księcia Ludwiga von Hohenlohe-Ingelfingen, przedstawiciela jednego z najbogatszych rodów niemieckich i jednocześnie dowódcy miejskiego garnizonu. Część tego ogrodu w formie dzikiego parku w stylu angielskim została odpłatnie udostępniona jako teren spacerowy w 1789. W latach 1801-15 miasto wykupiło ten obszar uznając, że stanowi doskonałe miejsce na przyszły park miejski. Same Szczytniki włączono do miasta dopiero w 1868 więc ściśle rzecz biorąc były to wówczas tereny podmiejskie. Z powodów finansowych początkowo nic tam się nie działo, dopiero w 1854 zapada decyzja o scaleniu dawnego Ogrodu Książęcego i utworzeniu tam parku miejskiego, ułatwiła to powódź, która dotknęła m. in. Szczytniki i umożliwiła wykupienie resztek terenu znajdujących się w rękach prywatnych. Już od 1833 wrocławianie emocjonują się wyścigami konnymi na pobliskim Dąbiu. I z taką właśnie sytuacją wkraczają Szczytniki w finansowe prosperity lat 60. XIX. W 1863 wybucha powstanie styczniowe, w USA trwa wojna secesyjna, a wrocławianie wznoszą nowy budynek Ratusza.

Człowiekiem o wielkich zasługach dla Wrocławia, którego koniecznie trzeba w tym miejscu wspomnieć jest Heinrich Robert Göppert (1800-84), lekarz botanik i działacz społeczny. Studiował we Wrocławiu i Berlinie. Odznaczył się już podczas epidemii cholery w 1831 (tej samej którą ściągnęli do Europy Rosjanie tłumiąc powstanie listopadowe i która zabiła Clausewitza). Już od 1926 jest związany ze Śląskim Towarzystwem Kultury Ojczyźnianej (Schlesische Gesellschaft für Vaterländische Kultur) jedną z najważniejszych organizacji społecznych we Wrocławiu i na Śląsku. Od 1846 aż do śmierci jest jego prezesem. W latach 1846/47 jest rektorem uniwersytetu. Ale zajmuje go głównie praca badawcza i popularyzatorska. Od 1852 do śmierci jest dyrektorem Ogrodu Botanicznego i nadaje mu obecny kształt, udostępnił go do zwiedzania. Zajmuje się pochodzeniem węgla kamiennego, brunatnego i bursztynu, tworzy w Ogrodzie Botanicznym zachowany do dziś profil geologiczny zagłębia wałbrzyskiego, które wówczas się dynamicznie rozwija. Wprowadza też wiele zmian w Parku Szczytnickim. Założył Muzeum Botaniczne, był jednym z inicjatorów powstania Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych. W 1875 został honorowym obywatelem Wrocławia. Jest zaangażowany właściwie w każdą inicjatywę związana z miejską zielenią, higieną czy popularyzacją nauki. Jest również jednym z inicjatorów i założycieli wrocławskiego ogrodu zoologicznego (Zoologischer Garten).

Tradycja trzymania i pokazywania egzotycznych zwierząt sięga starożytności. Za najstarszy istniejący ogród zoologiczny w Europie uważa się wiedeński Tiergarten Schönbrunn powstały w 1752, udostępniony publiczności 10 lat później. W 1775 powstaje zoo w Madrycie a w 1795 menażeria królewska z Wersalu - króla ścięto dwa lata wcześniej - zostaje przeniesiona do paryskiego ogrodu botanicznego w Jardin des Plantes. W XIX wieku ogrody zoologiczne, dotąd instytucja królewska, stają się w wyniku powszechnego zainteresowania historią naturalną i rozwojem nauki i techniki instytucjami państwowymi, często związanymi z uniwersytetami, mającymi na celu jednocześnie cele badawcze i popularyzację. Tak jest do dzisiaj. W 1826 powstaje Zoo w Londynie, a w 1831 w Dublinie. W 1844 powstaje pierwsze pruskie Zoo - w Berlinie, drugim jest wrocławskie. Komitet założycielski powołany z inicjatywy nadburmistrza dr. Juliusa Elwangera składający się z aptekarzy, lekarzy, arystokratów i naukowców działał już od 1863, ponieważ nie udało się zgromadzić potrzebnych funduszy 21 marca powołano Towarzystwo Akcyjne z kapitałem 100 tys talarów, za które kupiono 8 ha, ogród otwarto w październiku 1864. Jego pierwszym dyrektorem aż do śmierci w 1882 był Franz Schlegel, a za dobór i opiekę nad zwierzętami odpowiadał profesor Heinrich Göppert. Oficjalne otwarcie nastąpiło 10 lipca 1865. Lwy tygrysy i lamparty mieszkały początkowo w wozach cyrkowych. Na samym początku zoo miało 189 zwierząt w tym 165 podarowanych przez wrocławian. Ale szybko się rozwijało, już wkrótce prezentowano w nim 400 zwierząt z 50 gatunków. Dziś zoo wrocławskie jest najstarszym i największym ogrodem zoologicznym w Polsce, zajmuje teren 30 ha, znajduje się tam 7 tysięcy zwierząt należących do 1 tysiąca gatunków. W tym roku będzie obchodzić 150. rocznicę powstania. Znajduje się w grupie 20 najstarszych ogrodów zoologicznych na świecie. Unikalną wartością jest zachowany w 70% układ ścieżek oraz stare XIX-wieczne pawilony. W innych ogrodach zostały zniszczone podczas wojny lub rozebrane z powodu modernizacji, wrocławskie ocalały i są atrakcją samą w sobie, wielu gości z zagranicy przyjeżdża głównie z ich powodu. Najstarszym budynkiem i jednym z najstarszych we Wrocławiu przykładów neogotyku jest baszta niedźwiedzi zbudowana na rok przed oficjalnym otwarciem ogrodu, w 1864. Niedźwiedzie były już tam w dniu otwarcia i stanowiły wówczas największą jego atrakcję.

Kilka lat później pojawił się pierwszy słoń. Żeby go kupić, zorganizowano trwającą trzy miesiące loterię fantową, wrocławianie zrobili zbiórkę przedmiotów losowanych później jako nagrody. Z London Zoo kupiono słonia indyjskiego o imieniu Peter, za 450 funtów szterlingów (obecne 30 tys dolarów). Do Wrocławia przywieziono go uroczyście w 1873, na statku dotarł przez Hamburg do Szczecina, tam został załadowany na wagon kolejowy i przywieziono go na ówczesny Dworzec Górnośląski (w pobliżu Dworca Głównego). Stamtąd na specjalnie przygotowanym wozie ciągniętym przez 6 koni triumfalnie przejechał przez całe miasto. Umieszczono go w specjalnie wzmocnionej stodole i nadano nowe imię - Theodor. Jako największe i najbardziej egzotyczne zwierzę był niekwestionowaną gwiazdą zoo. Dopiero po piętnastu latach, w 1888, doczekał się słoniarni z prawdziwego zdarzenia, niestety w tym samym roku zdechł. W całej historii było 25 słoni.

Najbardziej osobliwą i kontrowersyjna z dzisiejszego punktu widzenia atrakcją były tzw. "wystawy ludów egzotycznych", pierwsza miała miejsce w 1876. Było to popularne w ogrodach francuskich i angielskich gdzie prezentowano tubylców z kolonii, w Anglii mówiono "ludzkie zoo" (Human zoo), a we Wrocławiu były to "pokazy ludów etnicznych" (Völkerschau). Do Wrocławia przez Hamburg przyjeżdżały grupy składające się z całych rodzin ze zwierzęcym dobytkiem, m. in. psami, kozami i końmi. Pokazywali jak wygląda ich codzienne życie. Organizowano pokazy jazdy konnej, rzucania dzidami i strzelania z łuku. Takie prezentacje trwały od kilku do kilkunastu dni i cieszyły się niebywałym powodzeniem, zyski ogrodu rosły niesamowicie. Byli m. in. Beduini i Tunezyjczycy. To właśnie oni w lipcu 1904 dokonali niepobitego do dziś rekordu - w jeden dzień, w czasie 9 godzin, zoo odwiedziło 41 tys. osób.

Lata 1887-89 to okres rozkwitu, powstały wtedy trzy kolejne pawilony: ptaszarnia, słoniarnia (zachowana w praktycznie niezmienionym stanie, unowocześniono ją tylko wg współczesnych wymogów) oraz wiele razy przebudowywana małpiarnia. Także pawilon drapieżców. W tym czasie stało się jednym z największych ogrodów zoologicznych na świecie. Do osiągnięć z tych czasów zalicza się przede wszystkim pierwsze w świecie urodziny tapira malajskiego. Niezwykłą popularnością cieszyła się gorylica Pussi, kupiona w 1894 za 2400 marek w ogrodzie w Liverpoolu we wrocławskim zoo przeżyła aż siedem lat, co wówczas było rekordem długości życia małpy w niewoli. W 1898 dojrzałą i regularnie co 4 tygodnie wykazywała oznaki podniecenia seksualnego rozkładając tylne nogi na widok pielęgniarza. Zdechła z powodu choroby nerek w 1906, pozostał po niej posąg z brązu w gabinecie dyrektora, dzieło rzeźbiarza Kieselweltera. Dyrektor Stechmann w testamencie przepisał oszczędności swojego życia 38 tys marek na potrzeby ogrodu. Na początku XX wieku było 318 tysięcy zwiedzających. Ale Wielka Wojna, chociaż oszczędziła Wrocław dla zoo okazała się katastrofalna. Liczba oglądających spadła do 200 tys. Zoo było spółką akcyjną i bez zysków nie mogło przetrwać. 1 kwietnia 1921 zostało zamknięte, przez miesiąc sprzedawano zwierzęta, m. in. do Berlina, Lipska i Kolonii. Teren ogrodu stał się ogólnodostępnym parkiem, pawilony przystosowano do nowych celów: restauracja i sala koncertowa w słoniarni, kawiarnia Mokka-Haus w ptaszarni, pawilon zwierząt drapieżnych planowano zamienić w pokazową mleczarnię.

szympans Moritz
W 1927 ogród zoologiczny otwarto na nowo, dzięki bezzwrotnej pożyczce jakiej udzieliły władze miasta, które w ten sposób stało się pośrednio jego właścicielem. W kilka tygodni przywieziono kilka tysięcy zwierząt. Podczas pierwszego roku przewinęło się ponad milion zwiedzających. W latach 30. XX wrocławski ogród należał do światowej czołówki, miał prawie 2 tysiące zwierząt. Kiedy do władzy doszli naziści pierwszy powojenny dyrektor Hans Honingmann z powodu żydowskiego pochodzenia wyemigrował do Anglii. Gwiazdą był wychowany przez pielęgniarzy szympans Moritz posiadał wiele cyrkowych umiejętności, m. in. jeździł na rowerze, pił herbatę i palił papierosy. Były słonie, niedźwiedzie malajskie i manat (krowa morska). Podczas wojny zoo funkcjonowało bez zakłóceń. Opinia bezpiecznego schronu Rzeszy jaką cieszył się Wrocław spowodowała nawet zwiększenie jego oferty, przywożono tu zwierzęta z innych zagrożonych miast niemieckich: samica słonia indyjskiego, szympans i orangutan z Norymbergi, a z Düsseldorfu słoń afrykański. Wszystko to skończyło się gwałtownie w styczniu 1945 kiedy pierwsze bomby spadły na miasto. Na zoo pierwsza bomba spadła jeszcze 7 października 1944 niszcząc kasę - jakże to symboliczne. Zniszczony też został stojący obok od 1884 niedźwiedź z brązu. Ale nikt nie zginął. Za małpiarnią znajdował się bunkier. Z dnia na dzień bombardowania stały się codziennością, wkrótce oprócz bomb lotniczych na Wrocław zaczęły spadać pociski artyleryjskie. Zwierzęta wpadły w panikę. Zdarzało się, że uciekały ze zniszczonych pawilonów i klatek. Jedna z kobiet opowiadała, że przerażony tygrys padł jej do stóp. Wobec zagrożenia komendant miasta nakazał zabicie wszystkich większych zwierząt, które, jeśli wydostaną się z zoo mogłyby stanowić zagrożenie. Decyzja ta nie była niczym oryginalnym, ani nie dowodziła okrucieństwa - to samo robiono we wszystkich niemieckich ogrodach zoologicznych. Niektóre zwierzęta ginęły z powodu ostrzału. Należała do nich wrocławska osobliwość, znajdujący się tu od 1934 manat, jedyny w Europie, a jeden z nielicznych na świecie. Mieszkał w betonowym basenie 4x4m, w którym było 80 cm wody, przyczyną śmierci było wybicie wszystkich szyb i wychłodzenie. Z przeziębiania i stresu zdechły hipopotam karłowaty, mandryl i trzy szympansy.

Zagłada zwierząt z wrocławskiego zoo jest tematem opowiadania Kornela Filipowicza "Egzekucja w zoo" i filmu Jana Rutkiewicza z 1975 pod tym samym tytułem. Najpierw zabito drapieżniki. W zoo pojawił się oddział saperów pod dowództwem lekarza Herberta Kraekera, jak później napisał: "Przed nami nasze ukochane zoo. Dyrektor Martin Schlott przywitał nas przygnębiony i smutny. Skierowaliśmy się najpierw ku wilkom. Padły na miejscu trafione strzałami karabinowymi z bliskiej odległości. Bystro i nieufnie mierzyły nas wzrokiem". Następne były niedźwiedzie brunatne. Na odgłos strzałów schowały się, żołnierze i pielęgniarze przywoływali je do siebie smakołykami. Wszystkie zginęły, z wyjątkiem niedźwiedzicy Loli, która ukryła się za kamieniami i pozostała niezauważona. Potem przyszła kolej na białe niedźwiedzie. "Dyrektor Schlott stał trupio blady, z twarzą odwróconą od zwierząt. Łzy płynęły mu po policzkach. Dzieło jego życia ulegało zagładzie". Kolejno: lwy, lamparty, tygrysy. W 1945 zoo miało 4 słonie, zabito je 30 marca, podobno ich mogiła znajduje się pod wybiegiem dla słoni, jednak nie ma na to żadnych dokumentów. Kwestią dyskusyjną jest czy wszystkie zwierzęta mogli zabić żołnierze, nawet z bliskiej odległości broń wojskowa nie nadaje się do zabijania niedźwiedzi i słoni. Na wyposażeniu zoo znajdowała się broń myśliwska.

Wojnę przetrwało zaledwie 200 może 300 zwierząt: jedna z czterech żyraf, hipopotamy, tapiry, zebra, wielbłądy, pawiany masajskie, niedźwiedzica Lola, lew Astor i szympans Moritz. Hipopotam nilowy Lorbas koniec wojny przeżył w podwrocławskiej wsi. Trudno dokładnie ocenić straty wojenne, bo to co nastąpiło potem wcale nie było lepsze. Żołnierze i szabrownicy zabijali zwierzęta dla mięsa, a czasem i dla zabawy. Niektóre zwierzęta zbiegły i błąkały się po ulicach, świadkowie wspominali małpę, która wędrowała ulicami wraz ze swoim dzieckiem. Wszystkie budynki były uszkodzone, jak później napisał pierwszy dyrektor polskiego zoo, Karol Łukaszewicz: "W ogrodzie nie istniała ani jedna szyba, nie działało centralne ogrzewanie, nie było wody". Z powodu powojennego szabru budynki i cała infrastruktura zoo ucierpiała bardziej niż w wyniku wojny. Ponieważ wobec ówczesnych potrzeb nie było możliwości odbudowy ogrodu podjęto decyzję o jego likwidacji. Zwierzęta, które przeżyły odesłano do Poznania, Łodzi i Krakowa. Szympans Moritz trafił do Łodzi, żyrafa do Poznania - oba zwierzęta zdechły jeszcze w tym samym roku. Pracownicy poznańskiego zoo trafili na sowiecki patrol, który o mało ich nie rozstrzelał za szaber, na szczęście jeden z nich w ostatniej chwili przypomniał sobie jak się po rosyjsku nazywa hipopotam - begiemot. Zaciekawieni żołnierze zajrzeli na ciężarówkę i kiedy zobaczyli zwierzęta konwojowali ich aż do Poznania. Dyrektor Schlott wyjechał z Wrocławia w 1946 i został dyrektorem zoo w Wuppertalu, zmarł na atak serca w 1950. W 1947 do Wrocławia przyjechał późniejszy dyrektor zoo Łukaszewicz i opisywał je: "Rozwalone budynki i urządzenia, okna bez szyb, spalone i postrzelane kikuty drzew, pnie leżące w poprzek ścieżek, na trawnikach zoo groby i pokrzywy, na wybiegach ziemniaki i pomidory, w ptaszarni wywieszona bielizna, w pawilonie antylopy mieszkający ludzie, a w bibliotece ogrodu zamiast książek worki z kaszą i połcie słoniny".

O odbudowie zoo prawdopodobnie zadecydowała Wystawa Ziem Odzyskanych odbywająca się w pobliskiej Hali Stulecia (wówczas Hali Ludowej). Teren dawnego ogrodu straszył jak wyrzut sumienia, Już w 1947 historia wrocławskiego zoo zaczyna się na nowo. Ale to jest - oczywiście - temat na oddzielną opowieść. [td]

niedziela, 29 marca 2015

29 marca czwartek

29 marca, czwartek
„(…) 29 marca wszystkie jednostki 2 Armii osiągnęły nakazany rejon ześrodkowania w okolicy Trzebnicy. Weszliśmy w skład 1 Frontu Ukraińskiego. Przerzucając się od Żukowa z Pomorza do Koniewa pod Wrocławiem zrobiliśmy w ciągu 10 dni, tj. od 19 do 29 marca – 300km. Przez cały czas maszerowaliśmy tylko w nocy. Jak długo będziemy stać w tym rejonie nie wiedzieliśmy(…)”
Autor wspomnień generał Sankowski kwaterował w Trzebnicy w którym zorganizowano sztab. Jednak sztab sztabem, ale dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi zajmuje naprawdę sporo miejsca. Biorąc pod uwagę że w przeciętnej wsi w okolicach Trzebnicy mieszka około 1000 mieszkańców naturalnym jest pytanie, gdzie ci wszyscy żołnierze w kuricą na czapce się zmieścili. Zgrupowanie które rozpoczęło się dzisiaj na terenie powiatów trzebnickiego, wołowskiego, milickiego i oleśnickiego, zajęło wiele miejscowości.
8 dywizja piechoty zajęła: Łosice, Budziwojowice, Michałowice, Osolin, Dobra, Dobrzeń, Dobroszyce, Strzelce, Krakowiany. Sztab ulokował się w Kałowie.
9 dywizja piechoty zajęła: Kowale, Mieniaa, Ligota, Piękna, Pierwoszów, Skarszyn, Boleścin, sztab ulokował się w Machnicach.
7 dywizja piechoty zajęła: Koczurki, Jaźwiny, Masłowiec, Czeszów, Złotów, Skoroszów, sztab w Kuźniczysku.
5 dywizja piechoty zajęła Bukowiec, Kręsko, Jodłowiec, Uraz, Lubnów, Ciechłowiec, Wielką Lipę, sztab w Rościsławicach.
10 dywizja piechoty zajęła: Raki, Marzęcino, Krościnę Wielką i Małą, Dobrosławice, Kaszyce Milickie, Przedkowice, Ligotę, sztab w Sanicach.
4 brygada inżynieryjsko-saperska zajęła Siedlec.
Okolice koncentracji już od 25 marca po raz pierwszy zobaczyli żołnierze przybyli drogą kolejową z 10 samochodami artlerii. Wysiedli na Dolnym Śląsku w Grabownie Wielkim. Wczoraj dowódca artylerii 3 samodzielnego pułku moździerzy zameldował przybycie do Prusic. Najbliżej Wrocławia mieścił się sztab 5 dywizji piechoty. Zaledwie 12 kilometrów od granic miasta. Sztab zajął Trzebnicę:
„(…)Zaledwie 30 km – jak zanotowano w dzienniku bojowym 2 Armii – od rejonu koncentracji Armii znajdują się siły przeciwnika, otoczone w mieście Wrocław(…)”
Ze Wzgórz Trzebnickich roztacza się piękny widok, szczególnie na Wrocław. W pogodne dni widać wieże kościołów strzelające w niebo, kontury najważniejszych budynków. Dzisiaj również było świetnie widać miasto trawione ogniem. Akurat dzisiaj dzielnice wschodnie i Śródmieście stanęły na drodze Brandkommandos. Przybyli do Trzebnicy Polacy byli widzami ostatniego aktu zagłady miasta, między innymi płonący kościół św. Józefa przy Krakowskiej.
Dzisiaj o godzinie 20 gen. Walter wydał rozkaz nr 07 wymieniając wszystkie miejscowości koncentracji, oraz nazwy podwrocławskich miejscowości będących teren działania tych jednostek. 2 Armia Wojska Polskiego miała zająć się północną częścią Wrocławia, od Brzegu Dolnego, Żmigrodu, Wiszni Małej, po Wilczyn i Pracze Odrzańskie.
Wkrótce po przybyciu, żołnierze rozpoczęli budowę stanowisk bojowych. Analizując treść meldunków ppłka Pszczółkowskiego bardzo wyraźnie widać, że pełna gotowość do walk o Wrocław przemykał i wędrował z ust do ust
„(…) Ogólne przekonanie, że lada dzień armia wejdzie do walki. Żołnierze oczekują tego momentu z dużym napięciem. Nastroje są jednak bardzo dobre. Panuje powszechna świadomość, że Wrocław był polski i do Polski powróci(…)”
Oczekiwanie na rozkaz do ataku zajmują żołnierzom ćwiczenia, o których w dniu dzisiejszym pisał generał Sankowski
„(…) 29 marca, w dniu zakończenia ostatniego przemarszu nocnego, rozpoczęliśmy już we wszystkich dywizjach ćwiczenia dowódczo-sztabowe. W tym celu wszyscy oficerowie sztabu rozjechali się do dywizji. Temat zajęć „Luzowanie wojsk w obronie i przygotowanie się do natarcie”. A więc przerabiamy to ćwiczenie, które było zaplanowane jeszcze na Pomorzu, lecz tam z braku czasu nie zostało przeprowadzone(…)”
Sztab który zakwaterowany został w Trzebnicy zastał wyludnione miasto, które w pośpiechu opuścili właściciele. Mieszkania pozostawiono kompletnie wyposażone. Michał Kaseja wspomina, że podczas stacjonowania w Trzebnicy w okolicy domu w którym mieszkał mjr. Jan Górecki spadła bomba z zaopatrzeniem dla Breslau. W środku znajdowało się umundurowanie.
„(…)Mieliśmy i innych gości. W rejonie 28 pp spadł niemiecki bombowiec, postrzelony koło Wrocławia. Cała załoga zginęła Nad tym samym rejonem wyskoczyło ze spadochronami dwóch lotników z palącego się bombowca radzieckiego. Wysłany patrol z 28 pp został ostrzelany z pistoletów przez pilotów nie orientujących się, że są wśród przyjaciół. Po rozpoznaniu się radość była wielka. Ugoszczeni w pułku odjechali uszczęśliwieni do swoich(…)”
Tyle szczęścia i radości nie mieli w tym czasie zamknięci pierścieniem radzieckiego okrążenia i terrorem rodaków obywatele Breslau. Ksiądz Peikert odwiedził dzisiaj za zaproszenie proboszcza parafię św. Michała. Przechodzi przez Most Grunwaldzki i widzi księżycowy krajobraz, pustynia ruin i gruz na przygotowywanym pasie startowym. Parafia św. Michała jest w opłakanym stanie:
„(…)Patrząc w kierunku kościoła Św. Michała, widzę trzy olbrzymie doły. Pochodzą one od trzech 20-cetnarowych bomb, które spadły jedna po drugiej. W porównaniu z tym lej, który wyrwała wówczas bomba w naszym ogrodzie jak się potem okazało, nie był to pocisk, lecz bomba - jest tylko dołkiem wobec olbrzymiego dołu o średnicy 20 m i głębokości od 5 do 6 m. Kościół Św. Michała jest od zewnątrz ciężko uszkodzony. Bomba trafiła w filar. Filar zawalił się od góry do dołu, tak iż w prezbiterium jest olbrzymia, wysoka i szeroka dziura. Ołtarz główny jest wywrócony, dach ciężko uszkodzony. Przed głównym portalem upadła także bomba, niszcząc poważnie portal i drzwi. W kościele nie można już Jeszcze gorzej dostało się plebanii. Jedna z 20-cetnarowych bomb upadła bezpośrednio przed wschodnim frontem plebanii, burząc aż po piwnicę tę część domu, w której mieszka proboszcz. Budzący grozę widok spustoszenia. Żal mi mojego kochanego przyjaciela, dziekana Engelberta. Widać było po nim, że jest do głębi przybity tym dziełem zniszczenia. Powiedział mi, że teraz nie ma już kościoła parafialnego ani plebanii. A przecież kościół Św. Michała należał do największych, najokazalszych reprezentacyjnych budowli sakralnych naszego miasta. Mój przyjaciel opowiadał mi, że w jego schronie piwnicznym rozlokowano wojsko oraz że na cmentarzu przy kościele Św. Michała, który nie był już używany, a obecnie służy jako cmentarz wojskowy, pochowano już - przeszło 700 poległych żołnierzy; że zatem wojsko ma na tym placu stałe zajęcie, co jest przyczyną, że plebania, a zarazem i kościół znajdują się pod nieustanną groźbą obstrzału.(…)”
Eksodus parafian z Maurycego jest zapowiedzią tragedii. Zupełnie nieświadomi niebezpieczeństwa, podążają w rejony dotąd bezpieczne, jak Pilczyce które wkrótce mają stać się areną walk.
„(…)Tej nocy znów słyszałem gwar głosów gromadzących się wysiedleńców. Znowu płacz, głośne skargi i szlochy, gdy żegnali się ze swoim domem i swoją dzielnicą. Ewakuują ich teraz nie tylko na Sępolno, Zielony Dąb, Biskupin, Zalesie, ale też na północny zachód, do Osobowic i Pilczyc, tak że rozproszenie parafii jest zupełne. Ponieważ zanosi się znów dla mnie na długi dzień pracy, wstaję wcześnie, zmęczony i smutny. Jaką ulgę przynosi człowiekowi cicha poranna godzina modlitwy i jakaż to pociecha dla serca, gdy nadprzyrodzoną więzią objąć może wszystkie te dusze, niegdyś w tej parafii mi powierzone, gdziekolwiek na świecie by teraz być mogły. Myślę o jeńcach wojennych w Ameryce, w Kanadzie, w Rosji, w Afryce, we Francji, na Bałkanach. Gdzież to Niemca nie zagnała robota Hitlera? Myślę o wszystkich tych mężczyznach i kobietach, którzy błądzą bezdomni jedząc chleb obczyzny, o dzieciach, o młodzieży, o rozerwanych rodzinach, o wszystkich drogich w służbie wojskowej, zwłaszcza o tych na frontach i na pełnym morzu. Ich wszystkich gromadzę dziś w Wielki Czwartek wokół ofiarnego ołtarza naszego kościoła parafialnego. Jakże robi się pusto w mojej parafii niegdyś tak ludnej, ten dom Boży zaś gotuje się na los wdowy, samotny i opuszczony. Wczesnym rankiem o godz. 5.30 udaję się do kościoła. Wewnątrz świątyni, jak co roku: wielki wysoki krzyż na ołtarzu głównym owinięty jest w biały welon.(…)”[tom]


sobota, 28 marca 2015

28 marca, środa. "wolność niosący nieprzyjaciel"

Już za dwa dni pożegnamy pisany pracowicie, z regularnością niezwykłą jak na warunki wojenne, pamiętnik Paula Peikerta; na samym początku dzisiejszego wpisu informuje o wysiedleniach w jego parafii na terenie całego Przedmieścia Oławskiego, potem zaś o pogodzie: "Noc była dżdżysta. Deszcz był dobroczynny i bardzo orzeźwiający. Ale w ciągu nocy wezwano mieszkańców różnych ulic w celu przeniesienia na nowe miejsce zamieszkania. Tutaj, przed obwodową grupą Lessing przy ul. Dobrzyńskiej (Lessingstraße) obok miejscowej Kasy Chorych przez całą noc słychać było gwar. Mogła być mniej więcej godz. 3 po północy, gdy usłyszałem nagle w jednej grupie, idącej tędy w górę ul. Traugutta (Klosterstraße), głośny płacz i szloch. Byli to katolicy z parafii Św. Maurycego, którzy na widok zacnego starego kościoła parafialnego wybuchali płaczem i szlochem, żegnając się w ten sposób ze swoją ukochaną świątynią. Wzruszyło mnie to tak głęboko, że sam zapłakałem razem z nimi i raz po raz błogosławiłem przechodzące tłumy. Zaprawdę, gorycz rozłąki z parafią nie pozwala człowiekowi spać. I chociaż większość parafian musiała w czasie silnych chłodów zimowych opuścić miasto w dniach styczniowych b.r., a niedola ludzi idących na tułaczkę była wstrząsająca do głębi, to jednak pozostała jeszcze wcale liczna gromada". Wzmiankowany budynek Kasy Chorych (Allgemeine Ortskrankenkasse) to obecna Wojewódzka Przychodnia Specjalistyczna przy ul. Dobrzyńskiej 21-23 jeden z niewielu istniejących w tym rejonie budynków przedwojennych. Gęsta mieszczańska zabudowa rejonu od klasztoru bonifratrów aż po Rejencję (obecne Muzeum Narodowe) przestała istnieć w końcu wojny i wkrótce potem - jest to tzw pl. Społeczny, który zarówno brakiem formuły urbanistycznej, brakiem chociażby własciwej nazwy i długim czasem budowania obecnie istniejącej estakady - jest pomnikiem nieudolności zagospodarowania miasta. Mowa wszak o sporym terenie samym centrum. Peikert dużo uwagi poświęca temu jak intensywnie w tych strasznych czasach znacznie przecież uszczuplona społeczność parafii znajdywała pociechę w religii, opisuje ogromną frekwencję i aktywność. W zwykły dzień roboczy rozdzielał 300 komunii świętych i wiele godzin spędzał w konfesjonale, bardzo często spowiadając żołnierzy udających się na front, jak pisze: "Tak to niedola wytworzyła społeczność skupioną wokół ofiary ołtarza. Obecnie i owa zjednoczona przez niedolę i cierpienie społeczność poszła w rozsypkę i dlatego ta rozłąka tak niewymownie boli, a każdy pojmie, ile proboszcz w tych dniach doświadczył cierpień i boleści. Jak już powiedziałem, padało przez całą noc aż do wczesnych godzin porannych. Ludzie przybywali przemoczeni do swych nowych mieszkań, w środku nocy. W tych nowych mieszkaniach nie ma światła, wody ani gazu. Najczęściej nie ma węgla. Okna są wybite od obstrzału. Wchodzą do cudzych domów, gdzie mają się teraz urządzić. Miejscami dachy są również bardzo uszkodzone, albowiem budynki z cegły na Sępolnie, Biskupinie, Zielonym Dębie, Zalesiu są bardzo lekkiej konstrukcji. Można sobie wyobrazić jak głębokie urazy powstaną w psychice tych ludzi. W dodatku nie ma tam schronu na wypadek ataków, a nieprzyjaciel stoi nie opodal Sępolna, grzmot dział zaś jest tam niezwykle silny, tak że noce są chyba bardziej niespokojne niż w centrum miasta. Wydaje mi się, że w wypadku, gdyby się Rosjanie tam wdarli, pozostawi się tych ludzi po prostu własnemu losowi". Służbę w swoim kościele zaczyna jak zwykle o 5.30 bo parafianie od rana muszą pełnić niewolniczą służbę w twierdzy, straty są ogromne "na naszym cmentarzu spoczywa obecnie 73 poległych żołnierzy oraz 60 osób cywilnych, razem 133 zmarłych". I kolejny opis rzeczywistości wojennej: "Tymczasem nadchodzą raz po raz nowe bolesne wieści. Coraz to nowe ciągi ulic; otrzymują rozkaz ewakuacji. I oto znów widać ludzi, jak przeciągają ulicami ze spakowanym na małym ręcznym wózeczku skromnym dobytkiem. Większość muszą przeważnie pozostawić w swoich mieszkaniach, a wszakże w ostatnich dniach otrzymali przerażającą lekcję poglądową, jak się traktuje własność ludzi, gdy wyrzucano ją na ulice i podpalano. [...] Wieczorem szaleją znów pożary na wschodzie naszej parafii i na południu; to znów bloki mieszkalne podpalone przez naszych. Zaprawdę, ów obłęd niszczenia jest dla każdego Niemca najlepszą lekcją poglądową, ażeby raz na zawsze potępić wszelką hitleriadę. Zapada wspaniała, urodzaj zwiastująca noc. Jest wielkanocna pełnia księżyca, powietrze jest łagodne, jakże urodzajna jest ta wiosna. Jakże Bóg sprawia wszystko dobrze; gdyby tylko nie było nieprawości ludzkiej".

stara Rejencja, obecnie Muzeum Narodowe
Relację księdza Peikerta z tego dnia kończy dość dokładna i przenikliwa analiza sytuacji frontowej, była to wiedza, która nie mogła pochodzić z gazety frontowej ani goebbelsowskiego radia, ale możemy podejrzewać, że była w Niemczech powszechna. Wszyscy wiedzieli co się dzieje na froncie chociaż oficjalna propaganda Rzeszy biła w coraz większe bębny, przestając udawać, że przekazuje informacje pomiędzy obietnicami. Jak bowiem wiemy, także z innych źródeł, słuchanie stacji radiowych nieprzyjaciela (czy BBC dochodziło do Wrocławia?) było rzeczą normalną. Większość Niemców w tym czasie miała w głowie mapę Europy z malejącą z dnia na dzień domeną nazistowską. Każdego dnia powiększała się liczba Niemców, którzy utracili wszelką nadzieję i wiarę w sens prowadzenia wojny: "Tymczasem na wielkich frontach rozgrywają się decydujące wydarzenia. Królewiec padł. Gdańsk znajduje się niemal w rękach Rosjan. Z Węgier wkraczają już do Burgenlandu, kierując się na Wiedeń i dalej ku północnemu wschodowi na Breskow. Styrii grozi niebezpieczeństwo szybkiego zajęcia. Na zachodzie wschodni brzeg Renu znajduje się obecnie niemal od Emmerich po Mannheim w rękach Anglików i Amerykanów. W błyskawicznym tempie prą naprzód czołgami poprzez Aschaffenburg, Würzburg w kierunku Norymbergi, Bambergu i Arnsbach, na północy W kierunku na Münster, w środku na Giessen, Marburg, Fuldę; zagłębie Ruhry w większej części znajduje się już w ich rękach. Zdaje się, że nie istnieje żaden punkt oparcia. Niby lawina rozlewa się teraz - chciałoby się już rzec wolność niosący nieprzyjaciel po Niemczech, aby położyć kres haniebnemu poniżeniu narodu niemieckiego. W tej sytuacji walka o Wrocław stała się sprawą trzeciorzędną. Rosjanie nigdy nie uważali frontu wokół Wrocławia za problem pierwszej rangi. W przeciwnym razie bowiem szturmowaliby całkiem innymi siłami, a miastu by wiele oszczędzono. Ale ten długi okres oblężenia dobija miasto, jego kulturę i tradycję, jego piękno. Skoro bowiem naloty trwają całymi tygodniami i powtarzają się co dzień, to miasto zamienia się stopniowo w kompletną ruinę". Peikert nie może wiedzieć, że akurat w tym czasie pisząc te słowa myli się. Właśnie w tych dniach marszalek Koniew przykładał bardzo dużą wagę do zdobycia Wrocławia. Po zakończeniu operacji opolskiej Wrocław miał stać się kolejnym obiektem wzmożonej operacji na Dolnym Śląsku. Specjalnie w tym celu sprowadzono 2 Armię LWP, która chociaż niewprawiona w boju była poważnym wzmocnieniem sił sowieckich i uderzeniem do północy miała rozbić garnizon wrocławski, niezdolny do walki na dwóch odcinkach jednocześnie. Ale w ogólnej ocenie sytuacji Wrocławia Peikert się nie myli. To miasto było ofiarą tak samo uporczywej obrony jak i nieudolnego ataku.

Od wczoraj, tj. od 27 marca w Trzebnicy stacjonuje sztab 2 Armii LWP. Ulokował się w budynku przy obecnej ulicy Wincentego Witosa 14, na którym umieszczono tablicę z napisem "29 III 1945 5 IV 1945 / W tym budynku mieścił się sztab dowódcy 2 Armii W.P. gen Karola Świerczewskiego Waltera / W XX rocznicę wyzwolenia miasta społeczeństwo Trzebnicy / 9 V 1965". Tu warto dodać, że nazwa Ludowe Wojsko Polskie nigdy nie była oficjalną nazwą armii powstałej w ramach sowieckiej machiny wojennej i później istniejącej w PRL. Pierwotna nazwa tej formacji to Polskie Siły Zbrojne, tak się nazywało wojsko Andersa, które wyszło na Bliski Wschód w 1942 i tą samą nazwę nosiły formacje tworzone później pod dowództwem Berlinga od 1943. Najpierw 1 Dywizja Piechoty, później rozwinięta w 1 Korpus i na wiosnę 1944 w 1 Armię. 21 lipca 1944 PKWN scala te jednostki z Armią Ludową. Następnego dnia powołuje Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego z generałem Michałem Rolą-Żymierskim jako naczelnym dowódcą. 29 lipca wydaje on rozkaz wyłącznego używania nazwy: Wojsko Polskie. Później przez jakiś czas używano nazwy Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej i od 1952 Siły Zbrojne PRL wymiennie z Wojsko Polskie. Równolegle od lat 50. XX nieoficjalnie, dla zaznaczenia politycznej roli sił zbrojnych w służbie socjalistycznego państwa używano tej właśnie nieoficjalnej nazwy LWP tak powszechnie, że zastąpiła ona wszystkie inne. W 1945 jest ona jeszcze nieznana, używamy jej dla pewnej jasności narracji. 2 Armia LWP istniała dokładnie rok i 2 dni. Powołano ją 20 sierpnia 1944 jako uzupełnienie 1 Armii a zasadniczym terenem poboru rekruta były zajmowane przez Armię Czerwoną ziemie polskie. Rozwiązana została 22 sierpnia 1945; utworzono na jej podstawie Poznański Okręg Wojskowy. Ścieżka bojowa i cała historia 2 Armii to seria klęsk, niepowodzeń i tragedii. Jej utworzenie udało się tylko dlatego, że w porę zrezygnowano z równoległego formowania 3 Armii WP. Szeregowców co prawda nie brakowało, udało się zapewnić stan kadrowy na blisko 100%. Podstawową bolączką tej formacji był brak dowódców: udało się zapewnić tylko połowę potrzebnych oficerów, z czego połowę stanowili oficerowie Armii Czerwonej. Szkolenie trwało o wiele dłużej niż początkowo planowano i ostatecznie część 2 Armii wzięła udział w operacji wiślańsko-odrzańskiej pełniąc służbę pomocniczą na tyłach w składzie 1 Frontu Białoruskiego, niektóre pododdziały wzięły udział w bitwie o Poznań i to było jak dotąd jedyne doświadczenie bojowe Armii. Później ją ustawiono jako zaporę podczas operacji pomorskiej - na szczęście dla tych żołnierzy nie była ona potrzebna - i z tej pozycji została przeniesiona w skład 1 Frontu Ukraińskiego z rozkazem zajęcia pozycji w rejonie Trzebnicy. Jest więc to wojsko, które nie miało żadnego doświadczenia bojowego, ledwo wyszkolone, nieostrzelane, w którym brakowało nie tylko oficerów ale czasem i butów. Dziś większość żołnierzy 2 Armii z mieszaniną niepokoju i zainteresowania obserwuje dym na południu i nasłuchuje odgłosów walk prowadzonych przez 6 Armię generała Głuzdowskiego z garnizonem twierdzy Wrocław.

27 marca to historyczna chwila. Wprawdzie obie istniejące polskie Armie podlegały Stawce (kwaterze Najwyższego Naczelnego Dowództwa; Ставка Верховного Главнокомандования) razem ze wszystkimi sowieckimi frontami, ale w zamyśle były zalążkiem przyszłych sił zbrojnych państwa polskiego i w sensie moralnym także tytułem do posiadania przez to państwo ziem, na których te siły zbrojne walczyły. Praktycznie była to część Armii Czerwonej, ale ideologicznie wojsko polskie. Wyznaczenie rejonu koncentracji w Trzebnicy było wprawdzie dyktowane wyłącznie bieżacymi potrzebami Frontu, ale miało ogromną wymowę symboliczną, bo jak wkrótce zobaczymy to właśnie Trzebnica (z tych samych praktycznych względów) stanie się miejscem od którego zaczyna się istnienie polskiej administracji na Dolnym Śląsku. Jej początek to podjęta 14 marca 1945 decyzja o podziale przyszłych polskich ziem zachodnich na cztery obszary i mianowanie dla każdego z nich pełnomocnika (i dodanie im zastępcy z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego). Tego samego dnia pełnomocnikiem na Dolny Śląsk mianowany został dotychczasowy wojewoda kielecki Stanisław Piaskowski a prezydentem Wrocławia Bolesław Drobner, obaj byli z PPS. To właśnie Trzebnica będzie pierwszą siedzibą władz województwa, ale w czasie kiedy dowództwo 2 Armii Wojska Polskiego (której połowa oficerów nie mówiła po polsku) kwateruje się tam, grupa pionierska Drobnera jest dopiero we wczesnej fazie formowania. Nikomu tak naprawdę nie spieszy się do obcego miasta właśnie zamienianego w ruiny, którego przyszła przynależność do Polski jest ciągle dyskusyjna. Możemy więc widzieć sztab 2 Armii jako forpocztę polskości na Dolnym Śląsku. Od tej pory będziemy śledzić ten wątek dokładnie.

Przedstawiliśmy już Stawkę (czyli sowieckie Naczelne Dowództwo), odpowiednikiem niemieckim jest OKH (Oberkommando des Heeres; Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych). Natomiast całością działań aliantów zachodnich dowodzi SHAEF (Supreme Headquarters Allied Expeditionary Force; Naczelne Dowództwo Alianckich Sił Ekspedycyjnych) jego dowódcą od początku istnienia aż do zwycięstwa jest Dwight David Eisenhower, znany również pod pseudonimem Ike, od 20 grudnia 1944 pięciogwiazdkowy generał. Do czasów II Wojny Światowej najwyższym możliwym stopniem w US Army był generał czterogwiazdkowy. Wprawdzie dwóch dowódców miało tytuł generała armii (co jest odpowiednikiem późniejszych pięciu gwiazdek): George Washington i John J. Pershing, ale dopiero po lądowaniu w Normandii, 14 grudnia 1944 Kongres ustanowił ten tytuł jako kolejny stopień generalski, potrzebny z powodu nowej skali rozmachu operacji wojskowych. Dotychczas do pięciu gwiazdek nominowano zaledwie dziewięciu generałów, w tym czterech admirałów. Siedem z tych nominacji przypadało na jeden zaledwie tydzień: 15 do 21 grudnia 1944. Dwie następne przypadały na lata 1945-50. 11 grudnia 1945 pięć gwiazdek otrzymał admirał William F. Halsey, natomiast w 1950 generał Omar N. Bradley i to raczej dlatego, żeby jego podwładny Douglas MacArthur nie przewyższał go rangą. Ostatnio padały głosy by pięć gwiazdek przyznać dowódcom operacji w Iraku i Afganistanie, wymieniano tu przede wszystkim Colina Powella i Davida Howella Petraeusa, ale jak dotąd od 1950 żaden z dowódców amerykańskich nie został awansowany do tego stopnia. Żaden z pozostałych sześciu generałów pięciogwiazdkowych z grudnia 1944 nie był ani podwładnym, ani przełożonym Eisenhowera. Chester W. Nimitz był admirałem na Pacyfiku, Douglas MacArthur dowódcą sił inwazyjnych na Pacyfiku, admirał Ernest King był już w praktycznie na emeryturze - miał 66 lat, George Catlett Marshall pełnił funkcję dowódcy Połączonych Szefów Sztabów (Combined Chiefs of Staff; zalążek późniejszego NATO) było to cialo raczej polityczne niż wojskowe, admirał William D. Leahy podobnie jak King pełnił funkcję raczej symboliczną - miał już 69 lat, a Henry H. Arnold był naczelnym dowódcą amerykańskich sił lotniczych. 28 marca siły alianckie mają już stabilne przyczółki na wschód od Renu i dwoma uderzeniami zaczynają okrążać Zagłębie Ruhry bronione Grupę Armii "B", którą dowodził feldmarszałek Otto Moritz Walter Model, składała się na nią 15 Armia i 5 Armia Pancerna. Już wkrótce postępy frontu zachodniego na stałe zagoszczą w naszej kronice wojennej, a doniosła i jakże nieoczekiwana i niedoceniana rola Eisenhowera w historii Wrocławia i Dolnego Śląska doczeka się osobnego wpisu.

Hugo Hartung wczoraj, 27 marca: "Początkowo zostaję przydzielony do rusznikarza J. i czyszczę u niego karabiny oraz bagnety, które zabrudzone trafiają tu z ognia walk. Niedostatek broni daje się stopniowo we znaki, podobnie jak brak amunicji. Ludzie z oddziałów rezerwowych często nie mają nawet własnego pistoletu, a co dopiero karabinu. wychodząc na zewnątrz muszą wypożyczać przepisowy pistolet. Wieczorem nietoperze krążą wokół elektrycznych lamp pod sufitem naszych piwnic tak przestronnych, że możemy swobodnie oddychać pełną piersią". Postać rusznikarza J. jest szczególnie fascynująca, z jakiegoś powodu nie dostrzega toczonej we Wrocławiu wojny, zyje w zawieszonej w czasie iluzji poskładanych elementów przeszłości. Co myśli czyszcząc i składając broń, czy zdarza mu się czyścić zakrwawione bagnety? Natomiast dziś: "Nasz szef, pan von B. urządza sobie miłe i wygodne lokum w piwnicy jednego z domów od ulicy, natomiast sierżant, który ma protezę nogi, sypia za kotarą w biurze batalionu. Nasza drużyna kwateruje zaś w niskiej, ciemnej piwnicy, w której mieszczą się tylko dwupiętrowe łóżka. Wkrótce panuje w niej taki sam zaduch jak w podziemnym lazarecie u bonifratrów, tym bardziej, że podczas zimnych nocy musimy jeszcze dogrzewać ją małym piecykiem. W łóżkach naprzeciwko mnie leży trzech młodych Estończyków. Jeden z nich jest malarzem, drugi zaś pracował w ryskiej orkiestrze radiowej. Cieszą się, że znam ich ojczyznę, i do późnej nocy gawędzimy o urokach Rygi i nadbałtyckich plaż. Do grona najmilszych osób w moim otoczeniu należy również sześćdziesięciokilkuletni wiedeńczyk, który pracował w wytwórni papierosów. ma twarz radcy dworu albo kamerdynera i czasami śpiewa piosenki w stylu Paula Hõrbigera o młodym winie". Pamiętnik Hartunga jest cennym tekstem, przede wszystkim dlatego, że dokładnie informuje nas o realiach życia (i umierania) w oblężonym Wrocławiu, jego dodatkową wartością jest narracja z punktu widzenia osoby dobrze znającej niemiecką kulturę, a nagrodą dla czytelnika są takie wlaśnie cameo - malutkie portreciki, w jednym zdaniu opisani ludzie. Jeśli chodzi o odnajdywanie symbolicznych scen i krótkie, trafiające w sedno portrety ludzkie, Hartung jest utalentowanym snajperem narracji.

Paul Hörbiger to popularny austriacki piosenkarz i aktor. W 1945 miał już 51 lat i był znany we wszystkich krajach niemieckojęzycznych. Wiedeńczyk urodzony w Budapeszcie, w swoim czasie entuzjastycznie poparł anschluss Austrii i później grał w wielu propagandowych filmach, ale z drugiej strony koniecznie trzeba dodać, że żydowskim przyjaciołom pomógł uciec do Szwajcarii. Pod koniec wojny, choć był na liście "niezastąpionych artystów" (była to opracowana przez Goebbelsa lista osób cennych dla Partii, zwolnionych z wszelkich obowiązków wojskowych, nie mogli ryzykować życia na wojnie) zaangażował się w działania niewielkiej organizacji antyhitlerowskiej, która składała się z artystów, jak się więc można domyślić ta organizacja nie odegrała wielkiej roli bo szybko nastąpiła dekonspiracja. Paul dostał wyrok śmierci, ale jakoś wojnę przeżył i żył jeszcze 35 lat, umarł dopiero w 1981, ostatni raz w filmie zagrał w 1979. Jego piosenka "Wiedeń i wino" rozbrzmiewała w bombardowanym Wrocławiu 70 lat temu. Czy słychać Straussa?


"Wien und der Wein"

Wenn Du verliebt bist / Und weißt nicht wohin / Dann gibt's nur eine Stadt / Die hat was keine hat. / Die liegt im Herzen / Der Welt mitten drin, / Hast du ein' Rausch mal dort, / Weißt du's sofort:

Das sind die alten / Geschichten von Wien, / Frag' nur ein Wiener Kind, / Wo sie zu hören sind. / Geh' vor die Stadt, / Wo die Kirschbäume blüh'n, / Und jedes Bauernhaus / Plaudert's dir aus:

Das muß ein Stück vom Himmel sein
Wien und der Wein, Wien und der Wein,
Das ward auf Erden nicht erdacht,
Denn das ist so himmlisch gemacht.
Sitzt man verträumt in Wien beim Wein,
Und nicht allein, dann sieht man's ein:
Das muß ein Stück vom Himmel sein
Wien und der Wein, Wien und der Wein

Walter Laßmann zapisuje dzisiaj osobiste wyznanie, bardzo odległe od nastroju piosenki Paula Hörbigera: "Dzisiaj przed południem otworzyliśmy raz jeszcze kryptę w kościele NMP na Piasku, aby pieczy zmarłych mnichów powierzyć kilka przedmiotów z ul Krakowskiej (Ofenerstraße). [...] Rosjanie nękają nas przez cały dzień ciężkimi nalotami. Potężne eksplozje wstrząsają ścianami piwnicy, w której mamy nadzieję przetrwać. To co w takich minutach przeżywamy, zrozumie tylko człowiek, który sam przeszedł przez podobne chwile śmiertelnego strachu". [td]

piątek, 27 marca 2015

27 marca, wtorek


27 marca, wtorek
W paradygmacie prawdy próbuje znaleźć uzasadnienie i go nie znajduję. Czy ktoś ich zmuszał do przyjęcia takiej postawy, czy teraz ich cierpienie jest większe niż cierpienie milionów przed nimi? Tylko dlatego że znaleźli się w kleszczach bezsilności, po ludzku szkoda mi tych ludzi, jednak Peikert po raz kolejny prowokuje do zadania pytania o relatywizm.
„(…)Żyli w spokoju na tej ziemi, nauczyli się języka gościnnego państwa, które ich przyjęło, cieszyli się swobodą i mogli też pielęgnować swą kulturę narodową. I oto obłęd narodowego socjalizmu wyrwał ich kłamliwymi obietnicami z własnej roli z powrotem do Rzeszy. Potem dano im zrabowane gospodarstwa chłopskie i sklepy w okupowanej Polsce i Rosji; Z mieniem tym czuli się nieswojo, a teraz wskutek ostatniej wielkiej ofensywy rosyjskiej zostali ponownie wypędzeni i tułają się bez dachu nad głową. Powiedzieli mi, że nie mają możliwości ani czasu chodzić do kościoła. W każdą niedzielę muszą ciężko pracować od świtu do nocy, a nawet w nadchodzącą Wielkanoc nie będą mogli uczestniczyć w nabożeństwie(…)”
Czy odpowiedzialność za wybory można zawsze zrzucić na ideologię, zupełnie zapominając o osobistych pobudkach? Ileż to wielkanocnych świąt ci którzy zostali sprowadzeni do rangi niewolników przeżyli? Ile upodleń i eksterminacji z rąk krajanów proboszcza?
27 dzień marca jest przynajmniej na razie maksimum odkształcenia, za chwilę pęknie materia i wysypie się struktura. Także w parafii Maurycego utrata wiary idzie w parze z przerażeniem
„(…)Gdy wracam z cmentarza, napiera na mnie na ulicy, dokądkolwiek bym poszedł i gdziekolwiek bym się zatrzymał nieszczęście całej parafii i jak potężna fala morska usiłuje mnie przytłoczyć. Wszędzie łzy i płacz, że własny dom trzeba opuścić, udać się w nieznane, obce strony na tułaczkę i jeść chleb obczyzny. (…)”
Intensyfikacja kolportowanych ulotek zwiększa się wraz z postępowaniem działań wojennych. Dzisiejszego dnia na Breslau spadły trzy rodzaje, każda inna redagowana przez innego człowieka. Jednak przesłanie jest bardzo czytelne
„Do załogi i ludności okrążonego Wrocławia!
Krzyż Rycerski dla kata Hankego.
Hitler odznaczył Krzyżem Rycerskim swą kreaturę, gauleitera Śląska, zbrodniarza wojennego,
Hankego.
Okrążeni we .Wrocławiu żołnierze i oficerowie niemieccy, jak i mieszkańcy miasta znają
dobrze „zasługi” tego pana, którego teraz Hitler pasuje na rycerza.
Hanke dał na zbrodniczy rozkaz Hitlera spustoszyć Śląsk, zrujnował ekonomicznie setki tysięcy Niemców, a teraz każe zniszczyć jedno z najpiękniejszych miast niemieckich, Wrocław,z wszystkimi jego fabrykami, przedsiębiorstwami handlowymi i domami.
Hanke na zbrodniczy rozkaz Hitlera pozbawił setki tysięcy rodzin żołnierskich dachu nad
głową i zrabował im ostatni kęs chleba. Przez ewakuację zmienił Wasze rodziny w gromadę
żebraków i rozproszył je po całym kraju, gdzie nie znajdują ani schronienia, ani pożywienia.
Hanke na zbrodniczy rozkaz Hitlera niszczy bez reszty męską ludność Śląska, a przede wszystkim Wrocławia, zapędzając starców i chłopców do batalionów Volkssturmu i wydając ich na pewną zagładę w walkach ulicznych.
Hanke na zbrodniczy rozkaz Hitlera wprowadził dla załogi i pozostałej w mieście ludności
Wrocławia rządy bezwzględnego terroru; przywiódł już setki mieszkańców miasta jak też
żołnierzy i oficerów załogi do szubienicy. Miał więc kat Hanke wszelkie warunki, aby otrzymać Krzyż Rycerski od arcykata Hitlera. Jednak dni Hankego, jak też dni wszystkich innych nazistowskich hersztów i całego reżimu hitlerowskiego są policzone.
Armia Czerwona przybyła do Niemiec, żeby odprawić surowy sąd nad zbrodniarzami
wojennymi i zniszczyć narodowy socjalizm.
Dokądkolwiek by uciekł Hanke po wyniszczeniu jeszcze dziesiątków tysięcy niemieckich żołnierzy i mieszkańców Wrocławia, nie ujdzie sprawiedliwej kary.
Żołnierze okrążonej załogi! Wrocławianie!
Hitler nie ufa swoim generałom, dlatego przekazuje władzę dowodzenia swoim nazistowskim łotrom. Pierwsza kreatura hitlerowska Himmler dowodzi obecnie wojskami niemieckimi na Pomorzu. Drugi nazistowski szubrawiec Goebbels objął obronę Berlina. Trzeci Hanke wiedzie ku zagładzie Wrocław wraz z ludnością. Ale wszyscy ci panowie są tylko dopóty bohaterami, dopóki inni za nich walczą. Dowódca Volkssturmu w Prusach Wschodnich, gauleiter Erich Koch, który przez dwa lata plądrował Ukrainę, uciekł z kotła królewieckiego, zgubiwszy uprzednio setki tysięcy Niemców w Prusach Wschodnich. W obawie przed zemstą narodu niemieckiego Hitler poczuł się zmuszony do powieszenia tego swego ulubionego wychowanka. Samolot Hankego stoi też już w pogotowiu. Nie pozwólcie Hankemu wytracić załogi i ludności. Załatwcie się szybko z Hankem! Skończcie z Hankem, zanim on zrobi to z Wami! Zaniechajcie natychmiast oporu!
Złóżcie broń!
Wyślijcie Waszych parlamentariuszy!
Chodźcie do niewoli rosyjskiej!”
Co ciekawe opozycja zdaje sobie sprawę z tego o czym większość Wrocławian nie ma pojęcia. Hanke przygotowuje się do angielskiego wyjścia, jednak wizja okupacji dla ludzi którzy ostatnie sześć lat okupowali nie jest łatwa do przyjęcia.
Dla briofilów dzisiaj jest szczególna data, podpalony wczoraj browar Haasego przy Krakowskiej właśnie dogasa. Jeden z największych, własność Georga którego willa pełni dziś funkcję konsulatu niemieckiego przy ul Podwale. Haase był również właścicielem restauracji w Parku Południowym, magazynów na terenie hal przy ulicy Tęczowej. Przez pewien czas również browaru w Namysłowie. Georg Haase urodził się we Wrocławiu 21.11.1859, zmarł 15.01.1931 roku również we Wrocławiu w trakcie swojego barwnego życia, sporo pisał min. dzieło pod znamiennym tytułem „Gegen totale Alkoholabstinenz” czyli „Przeciw totalnej abstynencji”
Ostrów Tumski dzisiaj również wyglądał upiornie, ciężkie naloty zrobiły sporą ranę w tkankach miękkich Wrocławia.
„(…)Najbardziej dotknięty był Ostrów Tumski. Od czasu, gdy ostatni raz szedłem tą drogą, jeszcze się tu bardziej pogorszyło, mimo że stan poprzedni był już wystarczająco opłakany. Katedra otrzymała ciężki cios od bomby, która spadła na południową nawę boczną i przebiła ją. W plebanię kościoła Św. Krzyża również ugodziła bomba itd. Wyniosła budowla kościoła Św. Krzyża wygląda jak wdowa w żałobie. Nie można poznać już Wrocławia. Przychodzę do domu zmęczony i przybity. Odwiedziłem też klasztor NMPanny, gdzie na wszelki wypadek zapewniłem schronienie dla siebie i mojej gospodyni, pani Kirchner, która już od 23 lat z oddaniem prowadzi mi gospodarstwo domowe.(…)”[tom]



czwartek, 26 marca 2015

26 marca, poniedziałek. "rozlewało się morze płomieni. Pożary zżerały całe dzielnice"

Ze wszystkich kronikarzy opisujących ostatnie dni dawnego Wrocławia najdokładniejszym i najlepszym jest ksiądz Peikert. Ponieważ jego relacja skończy się już za kilka dni warto przytoczyć kolejny opis zwykłej nocy Wrocławia: "Także minionej nocy nie ustał tak silny wczoraj, ogień artyleryjski i w czasie od godz. 22.30 do 1 pojedynek artyleryjski osiągnął znów największe nasilenie, nie słabnąc ani na chwilę. W ciszy nocnej echo grzmotu dział było jeszcze większe, a nad plebanią i kościołem słyszało się świst lecących w obie strony pocisków z szumem powietrza. Pociski nieprzyjaciela przeznaczone były raczej dla północnego brzegu Odry, tak że nie zauważono trafień w najbliższej okolicy naszego kościoła. Dochodzi do tego przy księżycowej nocy działanie nieprzyjacielskich samolotów, które operowały głównie bronią pokładową nad wielkim pasem startowym na północ od Mostu Grunwaldzkiego, o którym opowiada się, że zostanie wysadzony w powietrze, ponieważ utrudnia lądowanie samolotów na pasie swoimi wysokimi bramami mostowymi i lukami. Napatrzywszy się na plon zniszczeń ostatnich tygodni, który jest dziełem naszego własnego dowództwa i rządu, nie zdziwię się już, gdy ten obłęd niszczenia nie cofnie się już przed niczym. Ponieważ wiedzą, że ich rola dobiegła końca, ciągną ze sobą ku zagładzie 80-milionowy naród, a po nich może przyjść potop". Tu trzeba wyjaśnić, że istotnie most ten był pewnym problemem dla projektantów lotniska, ale pogłoska o jego planowanym zniszczeniu była jedną z wielu krążących po oblężonej twierdzy plotek. Istnieje popularne powiedzenie, że w każdej plotce jest ziarno prawdy i akurat ta jest tego przykładem. Rzeczywiście, oszalałe w furii niszczenia władze miasta gotowe były wysadzić w powietrze i spalić wszystko co się da, a wysokie pylony mostu sterczały na wysokość 20 metrów akurat bezpośrednio na końcu pasa startowego. Łatwo więc było uwierzyć w jego rychły koniec. Jednak Niemcy nie mogli sobie pozwolić na niszczenie mostów na Odrze. Na głównym nurcie Odry było ich sześć i były niezbędne dla utrzymania ruchu w mieście. Gdyby je zniszczyć miasto zamieniło by się na dwa oddzielone obszary i organizowanie obrony stało by się niezwykle trudne. Wiedzieli o tym sowieci, ale dokładnie z tego samego powodu mostów nie niszczyli. Wprawdzie posiadali wszystkie niezbędne środki - głównie snajperów Połbina, którzy z lotu nurkowego mogli zniszczyć każdy obiekt nawet wielkości czołgu. Wiedzieli również że zniszczenie mostów znacznie osłabi zdolność obronną twierdzy. Choć wiele mostów podczas walk zostało poważnie uszkodzonych, głównie właśnie Most Grunwaldzki i poprzednik Mostu Pokoju - Most Lessinga, to jednak nic nie wskazuje, na to, że obrali je za cel. Powód był oczywisty, tak samo były ważne dla oblegających. Mosty na Odrze były istotną częścią wartości pozycji wrocławskiej, bez nich nic nie znaczyła dla sowietów jako węzeł komunikacyjny. Most Grunwaldzki nie został zniszczony, ale zostały zdjęte hełmy z pylonów co znacznie zmieniło jego sylwetkę. Hełmy te z niezrozumiałych przyczyn do dzisiaj nie zostały przywrócone.

posterunek przy Moście Grunwaldzkim, w tle Most Lessinga
 Wróćmy do Peikerta: "Tak więc mam znów niedobrą noc i niespokojny sen, a czeka mnie znów długi całodzienny wysiłek. Wstaję o godz. 4.40, gdyż o godz. 5.30 w tym tygodniu każdego rana mam dyżur w konfesjonale. W godzinach porannych nieco się uspokoiło, a wielka to ulga zamiast huku armat słuchać porannego śpiewu ptaków w ogrodzie parafialnym. Kościół otacza błogi spokój. Modlę się przed obrazem Matki Boskiej Bolesnej przy wejściu po prawej stronie. Wtedy wchodzi wielu mężczyzn. Długo modlą się w kościele. Pytam ich, skąd pochodzą. Znajdują się; w obozie Niemców emigrantów przy ul. Józefa Hauke-Bosaka w szkole im. Clausewitza. Są to religijni ludzie. Tyrania Trzeciej Rzeszy oderwała ich od ziemi, na którejś mieszkali od wieków. Żyli w spokoju na tej ziemi, nauczyli się języka gościnnego państwa, które ich przyjęło, cieszyli się swobodą i mogli też pielęgnować swą kulturę narodową. I oto obłęd narodowego socjalizmu wyrwał ich kłamliwymi obietnicami z własnej roli z powrotem do Rzeszy. Potem dano im zrabowane gospodarstwa chłopskie i sklepy w okupowanej Polsce i Rosji; Z mieniem tym czuli się nieswojo, a teraz wskutek ostatniej wielkiej ofensywy rosyjskiej zostali ponownie wypędzeni i tułają się bez dachu nad głową. Powiedzieli mi, że nie mają możliwości ani czasu chodzić do kościoła. W każdą niedzielę muszą ciężko pracować od świtu do nocy, a nawet w nadchodzącą Wielkanoc nie będą mogli uczestniczyć w nabożeństwie". Czy może chodzić tu o Niemców nadwołżańskich, potomków dobrowolnych osadników zachęconych dekretem Katarzyny Wielkiej z 1763? Społeczność ta kultywująca własny język i obyczaje aż do czasów II Wojny Światowej posiadała w czasach sowieckich własną republikę autonomiczną (Autonome Sozialistische Sowjet-Republik der Wolga-Deutschen, АССР Немцев Поволжья), ale w momencie hitlerowskiej inwazji Stalin rozkazał wszystkich wysiedlić daleko w głąb Azji, do Kazachstanu i Ałtaju. Wkrótce prawie wszyscy znaleźli się w obozach niewolników NKWD, gdzie jedna trzecia zginęła. Wydany przez NKWD Prikaz 35105 zabraniał im służyć w Armii Czerwonej, dziesiątki tysięcy żołnierzy zostało skierowanych do tzw. Trudarmii czyli batalionów pracy, byli skoszarowani i pracowali w kopalniach, fabrykach amunicji przy budowie dróg. Możliwe jest jednak, że przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej jakaś część Niemców nadwołżańskich została ściągnięta do Niemiec. Trudno wskazać jakąś inną przyczynę dla której są trzymani w obozie razem z innymi obcokrajowcami. Tylko takie pochodzenie mogłoby uzasadniać tak podejrzliwe traktowanie. "Coś w rodzaju nastroju zagłady panuje wśród wszystkich uczestników. Tylu zabitych, tyle grobów, tyle cierpień i bólu. A przecież daleko jeszcze do wydobycia wszystkich ofiar z ostatniego piątku. Jest między nimi mały ministrant, Peter Kurve. Rano służył jeszcze do mszy św. Potem zasypało go razem z babcią", Jedna z tysięcy tragicznych historii, normalne chciałoby się z przyzwyczajenia powiedzieć życia miasta, w tym wypadku raczej jego umierania. "O godz. 11.15 wracam ze służby, która rozpoczęła się rano o godz. 5.30. Także dzisiaj trwa przez całe przedpołudnie bardzo silna akcja artylerii, która w czasie mszy św. wzmogła się do takiej samej intensywności, jak wczoraj podczas nabożeństwa. Zaiste, odprawiamy nabożeństwa w najsilniejszym ogniu frontu. Pewien major z ostatniej wojny 1914-1918 powiedział mi, że czegoś podobnego nie przeżył podczas wojny światowej. Jeśli nabożeństwo odbywało się na pierwszej linii frontu, to zwykle wyszukiwano gdzieś spokojny zakątek, tu zaś nieprzyjacielskie pociski przelatują ze świstem nad kościołem tam i z powrotem, a łoskot nieprzyjacielskich samolotów w powietrzu wstrząsa świątynią". Już wkrótce, za kilka dni Iwan ustanowi kolejny rekordowy punkt odniesienia, przy którym Verdun będzie biwakiem na poligonie. "Tymczasem znów trwa gwałtowny nalot na północną część miasta i niedługo potem wzbijają się ku niebu czarne kłęby dymu; zrzucono więc znów bomby zapalające. Ta akcja lotnictwa, jak i znów wzmożony ogień artyleryjski każe z nadchodzącą nocą obawiać się najgorszego. Wieczorem niebo od południa i wschodu jest znów purpurowe mimo księżycowej nocy. Płonie dzielnica przy Krakowskiej, podpalono nowe ciągi budynków przy Kościuszki (Tauentzienstraße) oraz sprzęty domowe, które wyrzucono z górnych pięter na ulicę. Przy tym pali się osiem domów na ul. Kniaziewicza (Palmstraße). Na pytanie, czy tę ulicę spotkać ma ten sam los pewien żołnierz odpowiada, że stało się to wskutek przeoczenia. Ciągle widzi się na ulicach biednych, zaszczutych ludzi z małymi ręcznymi wózkami, uciekających z południa i ze wschodu mojej parafii w inne okolice miasta, gdyż zostali siłą wypędzeni ze swoich mieszkań. Jakaż nędza ukazuje się tu oczom ludzkim. Najtwardsze serce mięknie w obliczu takiej niedoli narodu. Z tym udaję się wieczorem na spoczynek, a smutek w moim sercu jest tak wielki, że niemal co godzinę zrywam się ze snu, który nie daje już wytchnienia ciału potrzebującemu tak bardzo spokoju i pokrzepienia. O Boże, jak długo jeszcze, o Boże, jak długo jeszcze? A przecież narody, któreśmy napadli, znoszą takie cierpienia już od lat". Warto zwrócić uwagę na ostatnie zdanie. Ilu Niemców doświadczyło podobnej refleksji? A czy z drugiej strony nie jest tak, że ksiądz Paul Peikert - który jeszcze trzy dni temu pisał, że chrześcijanie bardziej przeżywają cierpienie Golgoty, kiedy sami doświadczają podobnego - przyznał w ten sposób, że wojna musiała przyjść do niemieckiego domu, żeby Niemcy mogli postawić się w miejscu narodów, na które sami sprowadzili wojnę?

Peikert opisuje spotkanie z innym kronikarzem twierdzy "Udając się na probostwo, spotykam ks. Lassmanna proboszcza od Św. Józefa. Chce jeszcze raz szybko obejrzeć swój kościół parafialny przy Krakowskiej, gdyż planuje się podpalenie całej tej ulicy, a ze względu na przylegające doń budynki kościół jest również w niebezpieczeństwie. Doniesiono mi już wcześniej, że na plebanii, w domu sióstr, w sali parafialnej i w zakrystii kościoła panuje okropny nieład. Wszystko poprzewracane przez żołnierzy, którzy wywlekli wszystko ze schowków i porozrzucali. Czyż i to dzieło, które powstało za moją przyczyną, ma być skazane na zagładę? Sam Bóg tylko wie, ile wysiłku pochłonęła budowa kościoła Św. Józefa i założenie nowej parafii". Kościół św. Józefa Rzemieślnika (St. Josephs Kirche) został zbudowany w 1933 i konsekrowany przez arcybiskupa Adolfa Bertrama. Zaprojektowany razem z całym kompleksem parafialnym. Nowoczesny, wyposażony w ogrzewanie elektryczne budynek kościoła dla zapewnienia spokoju był oddalony od ulicy o 60 metrów, połączony był z budynkiem plebanii, klasztorem dla sióstr zakonnych, ochronką dla dzieci i placem zabaw. Oprócz Brochowa i Księża Małego była to trzecia parafia pomocnicza dla Przedmieścia Oławskiego, którego centrum był kościół św Maurycego. Kościół św Józefa Został spalony w 12 lat po wybudowaniu, przez samych Niemców. Już w 1946 został uruchomiony na nowo.


kościół pw św.  józefa
Walter Laßmann pisze o losie swojego kościoła: "Świątynia ma zostać wysadzona w powietrze, a wraz z nią przyległe budynki: plebania, dom sióstr, żłobek i przedszkole. Nasi obrońcy zakładają, że Rosjanie zajmą wschód Wrocławia od strony Książa. Aby uzyskać wolne pole ostrzału, zniszczone mają zostać wszystkie budynki po lewej stronie ul. Krakowskiej, w tym i mój kościół. Leżący na ukos od niego ewangelicki kościół św. Bernarda został wysadzony już wcześniej. Rozmawiając z dowódcą stacjonującej tu drużyny minerskiej - młodym, sympatycznym oficerem - prosiłem go nader usilnie aby oszczędził kościół, bo nie leży ob przecież w linii pozostałych zabudowań przy ulicy. Nie obiecał mi tego w sposób wiążący, ale zapewnił, że dołoży wszelkich możliwych starań aby zadośćuczynić mojej prośbie. Niestety nie dołożył chyba "wszelkich" możliwych starań, w Wielki Czwartek bowiem zniszczono kościół św. Józefa wraz z przyległymi zabudowaniami". I wkrótce wraca do uratowanej spod ruin dwunastoletniej dziewczynki, Elisabeth Grollmus: "Po południu odwiedziłem małą Liesel Grollmus. Dziewczynka doszła już jako tako do siebie i postawiła mi pytanie, które musiało paść i którego się obawiałem: proszę księdza, dlaczego moi rodzice nie przychodzą? I Helmut i Eva-Maria? Wziąłem jej rączkę w swoją dłoń i w możliwie oględnych słowach uświadomiłem jej, że rodzice i rodzeństwo są już w niebie. Patrzyła na mnie zalana łzami, nie odzywając się ani słowem. Musiałem zostawić ją samą z tym wielkim ciężarem w sercu [...] Z jak wielkim cierpieniem zmierzyć się musiało tak małe dziecięce serce!" Najciekawsze jednak jest na końcu: "Wczorajszej niedzieli wspiąłem się w południe na jedną z wież katedry, aby rzucić stamtąd okiem na płonące miasto. Hans Kaiser, którego prosiłem o towarzyszenie mi w tej wyprawie zrejterował przed tą przygodą. Byłem ostatnim człowiekiem, który przed wielką pożogą wielkanocną i przed zburzeniem katedry oglądał jeszcze miasto z wysokości tej wieży. Był to widok o upiornej piękności. Wszędzie, przede wszystkim na zachodzie miasta, rozlewało się morze płomieni. Pożary zżerały całe dzielnice. Na południu eksplodował groźnymi pomrukami i rozbłyskiwał front". Zastanawia niezwykle mała ilość zdjęć z czasów oblężenia. Twierdza miała co prawda kilku fotografów i sam wygląd miasta i jego życie jest udokumentowane dość dobrze. Nie ma jednak, czego można by się spodziewać po niemieckim mieście z lat 40. XX i dostępności techniki fotograficznej w tamtych czasach, całego wysypu fotografów-amatorów dokumentujących te niezwykłe i straszne dni. Przecież byli świadomi tego, że ich miasto już nigdy nie będzie takie samo. Czemu Laßmann nie wziął na tę wycieczkę aparatu?

Hugo Hartung coraz ciężej znosił ostatnie dni w lazarecie, szczególnie przebywanie w dusznej piwnicy dawało mu się we znaki. Wciąż osłabiony, ale już zdrowy wypisał się na własną prośbę i wraz z 2 kolegami wyszedł zameldować się w punkcie przejściowym. Szli przez miasto które widział ostatni raz dokładnie miesiąc temu, 25 lutego: "Jak bardzo zmieniły się ulice Wrocławia! Na każdym kroku ostrzelane i zbombardowane domy. Byle podmuch wiatru wzbija tumany ceglanego pyłu, który również na butach pozostawia czerwony nalot. Idę do Rynku przez ul. Wita Stwosza. Kilka razy musimy kryć się w bramach kamienic, bo sowieckie "maszyny do szycia" stebnują miasto seriami z karabinów. Czasami wciskamy głowę w ramiona, gdy ze skowytem śmigają nad nami granaty, które wybuchają gdzieś w pobliżu. [...] Nowa kwatera przypada nam do gustu. Stacjonujemy w wysokiej średniowiecznej piwnicy bezpośrednio pod winiarnią. W ostatnim pomieszczeniu mieszka rusznikarz J. niegdyś detektyw. Odniósł ciężkie rany jako mechanik pokładowy. Uroił sobie upiorny świat pokoju, okrasiwszy swoje lokum dywanami, obrazami i regałami książkowymi. Ma nawet projektor i wieczorem wyświetla kolorowe diapozytywy. Pokazuje mi zdjęcia z podróży do żydowskich przyjaciół w Palestynie i barwne fotografie z wakacji w Tyrolu. Jego żona i dzieci, którzy tutaj pojawiają się na ekranie w wesołych kolorach, zginęli podczas bombardowania Drezna". To kolejny już dzień kiedy wszechobecny kurz narzuca się w opisie. Powietrze jest zatrute dymem z płonących domów, sadza, kurz i pył pokrywają ruiny, żywych i umarłych. Na miasto zaczyna się kłaść farba zagłady, która widoczna jest do dziś. Zdumiewający jest ten obraz detektywa-rusznikarza i jakże różny od niestereotypowego co prawda, ale takiego do jakiego przywykliśmy, obrazu niemieckiego policjanta z Wrocławia - Eberharda Mocka. Mock bowiem nigdy by nie pozwolił sobie na życie w urojeniach, na eskapizm, jego umysł miał taką samą ostrość jak kanty jego spodni. Mock był twardzielem i nie uległby ciśnieniu świata bardziej niż jego nienagannie skrojone ubranie. Rusznikarz J. jest prawdziwą postacią, którą Hartung opisuje bezbłędnie, może i jest szalony. Ale przecież wolelibyśmy, żeby jego szaleństwo było prawdą, a koszmarna rzeczywistość twierdzy zaledwie jakimś urojeniem. Odchodząca w ogniu i dymie wizja twierdzy w przeciwieństwie do diapozytywów, wspomnień i zdjęć z dnia na dzień traci barwy, jest pozbawiona żywych kolorów. Wroclaw wygląda niczym mityczny, rozgrzany i duszny Hades wypełniony dawnymi ludźmi, pustymi figurami w chochołowym transie coraz bardziej tracącymi tożsamość i człowieczeństwo. Obraz blaknie, postacie zanikają, wszystko przykrywa kurz.

26 marca 1945 ostatecznie kończy się bitwa o Iwo Jimę, pierwszą zdobytą przez Amerykanów japońską wyspę. Bitwę tę znamy przede wszystkim z dwóch znakomitych filmów Clinta Eastwooda. [td]