sobota, 28 lutego 2015

28 lutego, środa. "wszystko wali się w gruzy"

Ostatni dzień miesiąca, który zaczął się od zmiany na stanowisku komendanta twierdzy; w połowie lutego nastąpiło zamknięcie oblężenia i po chwili przerwy generalny szturm od południa. Po tygodniu ofensywy w ostatnich dniach lutego natarcie ugrzęzło, ale wojna lądowa w gęsto zabudowanym mieście powodowała ogromne straty w ludziach po obu stronach, oraz zniszczenia miasta. Oznaczała też niewyobrażalny terror dla ludności cywilnej zamkniętej w oblężeniu jak w potrzasku. Wrocław jest, z niewielkimi przerwami, bombardowany i ostrzeliwany z samolotów od 17 stycznia, niecały miesiąc później dochodzi do tego ostrzał artylerii. Pożary, tzn. zasnuwający horyzont dym za dnia i niebo rozświetlone płomieniami w nocy są stałym elementem krajobrazu. Już się tego nie odnotowuje. Coraz częściej widzi się zabitych leżących na ulicach, ulice tracą drożność i służby oczyszczające miasto nie mogą normalnie funkcjonować. Peikert opisuje końskie trupy leżące na Świdnickiej od czterech dni. Do zniszczeń wywołanych bombardowaniami dochodzą wyburzenia dokonywane przez Niemców, zarówno w centrum, jak i w przygotowywanej strefie walk na południu, z ruin chcą zrobić barierę. Całe miasto ma się stać taką barierą. Z kolei sowieci po chwilowych sukcesach utknęli w tych ruinach i zmienili taktykę walki, teraz niszczą wszystko co się da ogniem artylerii, miotaczami ognia i granatami, zanim sprawdzą, czy ukrywają się tam Niemcy. Podczas szturmu nasilenie ognia jest takie, że nie wiadomo kto i skąd strzela.

O dziwo w tych warunkach infrastruktura wciąż zaopatruje mieszkańców w gaz, prąd i wodę bieżącą. Co więcej, jak pisze Ahlfen "Żadnych trosk nie przysparzał dowództwu nadzwyczaj szeroki zakres zaopatrzenia Wrocławia w żywność i wszelkiego rodzaju używki. Był to fakt o decydującym wprost znaczeniu. Jego przyczyn nie należy upatrywać jednak w tym, że Wrocław został ogłoszony twierdzą, lecz raczej w tym, że Śląsk i jego wypełniona magazynami stolica stanowiły część "schronu przeciwlotniczego" Niemiec. Ale te gigantyczne zapasy, m. in. 5 milionów jaj i 150 000 mrożonych królików, nie tylko istniały, lecz były wzorcowo zarządzane przez urzędnika referatu spraw gospodarczych dr, Stãdtlera oraz przez jego honorowego zastępcę kupca Alberta Stoscha. Im obu - pierwszy stracił życie w czasie nalotu, a drugi zmarł w niewoli sowieckiej - mieszkańcy Wrocławia i żołnierze zawdzięczają to, że do samego końca nie tylko do syta, ale i dobrze jedli, pili i palili". W połowie marca przytoczymy opis jak dobrze jedli, pili i palili - w luksusowym bunkrze Gauleitera Karla Hanke. Miasto miało ogromne zapasy żywności, ale narastały problemy z jej dystrybucją. Cywile i wojskowi ze względów bezpieczeństwa opuścili parter i wyższe piętra, śpiąc i prowadząc życie w zatłoczonych piwnicach. Wielokrotne przymusowe przesiedlenia ludności, konieczność znalezienia schronienia przed bombardowaniami, każdego dnia nowe rozkazy władz powodowały zamęt tak wielki, że nikt nie mógł nad nim zapanować. Chaos i groza, rosły każdego dnia; codziennie, czasem tylko trochę a czasem poważnie, przesuwał się punkt odniesienia i zmieniał definicję tego co wciąż jeszcze jest codziennym życiem a co już barbarzyństwem. To czym był Wrocław przedwojenny umarło ostatecznie, kiedy Gauleiter wygnał z niego cywilów, 20 i 21 stycznia 1945. Ale z tamtego miasta pozostało wciąż jeszcze dość by myśleć o powrocie. Jednak od czasu kiedy zaczęło się oblężenie przeszłość każdego dnia oddalała się skrywana za ruinami i obumierała w pozostałych w nim mieszkańcach. Przestali być wrocławianami, mającymi swoje rodziny, domy i pracę, jakąś przyszłość i marzenia. Żyli z dnia na dzień, niczym jakiś naród piwnicznych szczurów, kryjąc się po kątach i patrząc jak się nad nimi porusza i huczy straszliwa i potężna Pułapka, tylko tym zajęci, by przeżyć kolejny dzień. Było to coraz trudniejsze zadanie. Wielu z nich popadało w szaleństwo. By przetrwać, trzeba było się godzić na coraz większe upodlenie.

Chociaż wielu nieznających się na sprawach wojskowych cywili przewidywało atak od południa, Peikert pisze przecież o tym jak o powszechnej opinii, dowództwo twierdzy z niezrozumiałych powodów uznało, że Iwan uderzy od północy i północnego wschodu, więc na samym początku lutego wszyscy przebywający na północ od Odry zostali zmuszeni do przemieszczenia się na południe, później ewakuowano obszar Wielkiej Wyspy. W efekcie większość przebywających w mieście cywili stłoczono w centrum i w południowych dzielnicach. Kiedy się okazało, że to właśnie one są atakowane, po raz kolejny zmuszono ludzi do ewakuacji tym razem pod ogniem artylerii i lotnictwa. Często po kilkukrotnych przenosinach z miejsca na miejsce, nie mogąc powrócić do domu, nie wiedząc nawet czy jeszcze stoi, nie mieli już nic oprócz niewielkiego bagażu podręcznego lub nawet tylko tego co mogli unieść uciekając do kolejnego miejsca dającego większe pozory bezpieczeństwa. O losie ewakuowanych pisze jedna z urzędniczek cytowana przez Ernsta Horninga "Przez pewien czas żyliśmy w mieszkaniu dozorcy przy ul. Gwiaździstej z wieloma współlokatorami, po tej stronie mężczyźni, po tamtej kobiety. Mieszkaliśmy grupami i gotowaliśmy grupami (siedemnaście osób). Nie tak to sobie wyobrażałam. Każdy, jeśli to było jeszcze możliwe, pracował w swoim zawodzie albo został zapędzony do budowy barykad lub do prac na pasie startowym. Ponieważ nasze biuro zostało zamknięte, tak jak i Urząd Skarbowy, zwolniono nas, a ja i Grete zostałyśmy przydzielone do prac przy pasie startowym. Robiło się co się dało, aby tego uniknąć. [...] Tylko my dwie pracowałyśmy w moim biurze. Odbierałyśmy i sortowałyśmy pocztę, która nadal jeszcze była odbierana przez dozorcę. Więcej czasu spędzałyśmy w piwnicy niż przy spokojnej pracy w biurze. Wojna z powietrza przybierała ciągle na sile. Przerażające było wychodzenie do pracy i powrót z niej. Niekiedy cała sfora lotników krążyła nad naszymi głowami. Pożary czyniły wokoło straszne spustoszenia. Człowiek bezsilnie się przypatrywał, jak wszystko wali się w gruzy. Ranni jęczeli, chcieli, aby ich opatrzyć, potrzebowali słowa pocieszenia, odrobiny wody. Tam znowu byli ludzie w szoku, których trudno było uspokoić. Człowiek widział zabitych, przeżył wszystko co przynosi ze sobą okrutna wojna. A przy tym trzeba było gotować, myć się, zaopatrywać, a także przespać się niekiedy. "Organy Stalina" wyły, front deptał nam po piętach. Na Powstańców Śląskich (Kaiser-Wilhelm-Straße) byli już Rosjanie. A my znajdowaliśmy się nadal w naszych piwnicznych norach. Tymczasem nasze mieszkanie zostało całkowicie zniszczone przez granaty, groziło nawet zawaleniem. [...] Niekończące się bombardowania. Nie wiedzieliśmy nawet, jak przynieść w dzień chleb i coś ugotować. Następnej nocy musieliśmy się przymusowo ewakuować. W naszej piwnicy żołnierze zajęli stanowiska obronne. [...] Ponieważ jeden z mężczyzn naszej prowizorycznej wspólnoty posiadał klucz do mieszkania koleżanki przy ul. Traugutta (Klosterstraße), która w styczniu opuściła Wrocław, to w środku nocy się tam przeprowadziliśmy. Wszędzie to samo zagrożenie, ten sam strach, te same warunki życia. Siedem osób mieszkało w jednym, niezbyt dużym pomieszczeniu. Prowadziliśmy życie Cyganów. Ale przeżyliśmy również radosne chwile. Żyliśmy tak przez dwa tygodnie. Po tym znowu uderzyły granaty niszczące wszystko". Dalszy ciąg jej dramatycznej historii przytoczymy później. Luiza Hartmann, której wspomnienia przytacza Ryszard Majewski, wspomina: "Z perspektywy lat, które upłynęły - dni i tygodnie oblężenia zlewają się w jeden ogromny koszmar, o którym chciałabym jak najszybciej zapomnieć. W drugiej połowie lutego (było to chyba 22 lub później) zostaliśmy wraz z ojcem wypędzeni, w przeciągu 15 minut, przez naszych żołnierzy z domu i ewakuowani do śródmieścia, gdzie znaleźliśmy przytułek w jednym z domów (lub raczej w piwnicy tego domu) przy Kurkowej. Przejście na piechotę tych kilku kilometrów, przerywane ciągłymi nalotami lotniczymi i ostrzałem artyleryjskim, trwało cały dzień. [...] W piwnicach tej części miasta, w najbardziej prymitywnych warunkach, gnieździły się dziesiątki rodzin. Na powietrze wychodzono głównie w nocy, kiedy kończyły się naloty i cichły walki. Dochodziło do nieustannych kłótni o każde głupstwo, a nawet bez powodu. Ludzie oskarżali się wzajemnie, i co gorsza wobec władz, o przeróżne sprawy, a w tej liczbie o nielojalne uwagi pod adresem Hitlera, Rzeszy i partii, o co w tej sytuacji było bardzo łatwo. Najczęściej kończyło się to aresztowaniem, lub nawet czymś znacznie gorszym, o czym teraz nie chcę pisać, ani nawet myśleć". Przypomina się w tym miejscu owa szalona członkini NSDAP, która podstępem sprowadzała do siedziby gestapo kolejne ofiary. W końcu gestapo zorientowało się, że zwariowała, ale ile osób zamęczono, torturowano i zabito, bo ktoś doniósł, jakaś "życzliwa" osoba zasłyszała słowa i przekazała to organom? Jak niewiarygodny terror narzuciły władze hitlerowskie zwykłym "dobrym Niemcom", którym odebrano domy, wystawiono na ogień artylerii, zmuszono do pracy pod strzelającymi do nich samolotami i jeszcze odebrano prawo do zwykłej, ludzkiej skargi.

Straszliwy los przepędzanych z miejsca na miejsce wrocławian opisuje ksiądz Peikert: "Po mszy św. chrzczę pierwsze dziecko od chwili przymusowej ewakuacji. To osobliwość, gdyż zabrano wszystkie kobiety w ciąży. O godz. 8 wszczyna się gwałtowny ogień artylerii, trwający przez cały dzień. Ta ogłuszająca kanonada przygnębia przede wszystkim dlatego, że pociski trafiają w domy naszych rodaków na południu miasta. Ileż mieszkań znowu legnie w gruzach dziś przed południem, a ile będzie znowu poważnie uszkodzonych! Około południa wzmaga się znów działalność nieprzyjacielskiego lotnictwa, która w ciągu popołudnia osiąga dramatyczny szczyt [...] miałem znów przed oczyma wstrząsający i żałosny obraz, podobny do tego z czasu ewakuacji w połowie stycznia, gdy przez miasto przeciągały nieskończone kolumny przymusowo ewakuowanych rodaków ze swym skąpym dobytkiem, zmuszonych wszystko porzucić i ruszyć w niepewną przyszłość. Dziś potok uchodźców płynie z południa miasta do dzielnic położonych na północ od Odry. Teraz ewakuuje się przymusowo całe południe miasta aż po Dworzec Główny i cały zachód miasta aż po Dworzec Nadodrze. Ewakuację przeprowadza Waffen-SS z niesłychanym terrorem i cynizmem. Pod groźbą pistoletu - tak dzieje się faktycznie - zmusza się ludzi, którzy pozostali, do porzucenia całego dobytku i do ucieczki. Gdy jeden grozi pistoletem - tak działo się faktycznie - drugi węszy wśród sprzętów za czymś wartościowym, aby sobie przywłaszczyć to, co najcenniejsze. Resztę oblewa się benzolem lub smołą i niszczy. Nieopisaną nędzę sprowadza na naród ta soldateska. Ci żołnierze nie zdradzają już najmniejszego poczucia odpowiedzialności wobec własnych rodaków, to ich najgroźniejsi wrogowie i gnębiciele, ślepo posłuszni woli niszczenia Hitlera, swego mocodawcy. To już nie obrońcy ojczyzny i kraju rodzinnego; uczyniono z nich zbrodniarzy na szkodę własnego narodu. Są dziełem Hitlera, który zagłuszył w tych ludziach, zdolnych do wszystkiego, wszelki głos sumienia. Kolumny te przedstawiały żałosny widok. Często byli tam całkiem starzy ludzie, którzy musieli przebyć pieszo daleką drogę na północ miasta [...] Spotkałem 55-letnią córkę z 86-letnią matką. Nawet matka dźwigała walizkę, prawie niezdolna do przebycia tej drogi. Nie było też nikogo, kto by się ulitował nad nią i zabrał na wóz. Kiedy doszedłem do Zakładu pod wezwaniem NMPanny przy Domplatz, uderzył mnie podobny widok szeregu ręcznych wózków nadciągających od Dombrücke i przybywających z Grabiszynka i Gajowic. Gdy kolumny te ciągnęły ulicami miasta, około godz. 15.30 operacje lotnictwa nieprzyjacielskiego przerodziły się w gwałtowny nalot. [...] Ruch tramwajowy trzeba było wstrzymać. Nalot dotknął tę część miasta, w której, stłoczeni zostali przymusowi przesiedleńcy z południa miasta. Im bardziej kurczy się obszar, nad którym przelatują samoloty nieprzyjacielskie, tym skuteczniejsze staje się bombardowanie. [...] Doniesiono mi także, że komendant twierdzy zajął dolną kondygnację kościoła Św. Krzyża. [...] Dolny kościół stanie się bunkrem dla dowództwa twierdzy, a Ostrów Tumski ma zarazem stanowić centrum oporu. Ostrów Tumski ze swymi domami i zakładami klasztornymi jest obecnie zatłoczony przez niezliczonych starców i chorych. Jutro ma się udać do komendanta twierdzy delegacja z petycją, aby pozostawić Ostrów Tumski poza wszelkimi działaniami wojennymi, i z powiadomieniem, że duchowieństwo i klasztory nie zamierzają wypełnić nakazu opuszczenia Ostrowa. Rozgoryczenie ludzi pogłębia się coraz bardziej. Coraz wyraźniej zdają sobie sprawę z tego, że taki sposób prowadzenia wojny nie ma już sensu; na przekór temu powiedział dziś Goebbels w swojej mowie: „Wojnę będziemy prowadzili do zwycięskiego końca, bez względu na wszystkie cierpienia narodu. Zwyciężymy albo umrzemy”. W obecnym położeniu jest to oczywiste szaleństwo zarówno ze strategicznego, jak i z politycznego punktu widzenia. Taka to straszliwa alternatywa, która już nie zna kompromisu. Sprowadzi to straszną katastrofę na naród niemiecki. Tak więc żywot w naszej twierdzy przedstawia się z dnia na dzień coraz smutniej i beznadziejniej. Panowało ogólne mniemanie, że oblężenie nie potrwa tak długo i że Rosjanie zdołają szybciej opanować miasto. [...] Na obszarach przymusowo ewakuowanych ludność niemiecka musiała niemal wszystko pozostawić. Rosjanie biorą więc, co porzucono: bieliznę, ubrania, meble i inne sprzęty i transportują masowo do Rosji. W ten sposób usiłują powetować sobie potworne zniszczenia w Rosji, które są naszym dziełem. Krążą przerażające pogłoski o szeroko zakrojonej ewakuacji miasta w kierunku północnym. [...] Jak zwykle wieczorem niebo czerwieni się od licznych pożarów, które szerzą spustoszenie głównie na południu miasta". Już wkrótce okaże się, że pogłoski o zainteresowaniu dowództwa Twierdzy kościołem Św. Krzyża wynikają z zainteresowania tym rejonem miasta, kolejna siedziba sztabu zostanie umieszczona w pobliżu. Na to, że już wtedy zaplanowano gdzie będzie się znajdować wskazuje następny cytat.

Ksiądz Walter Laßmann pisze: "Pomimo silnego ostrzału artyleryjskiego udało mi się wrócić cało i zdrowo do naszego schronu. [...] Tego samego dnia ewakuowano mieszkańców Wyspy Piaskowej", współczesny czytelnik zapewne zastanawia się - "jakich mieszkańców?" - przecież jest tam dosłownie kilka niewielkich kamienic, reszta to zabudowania poklasztorne, ówcześnie i dziś uniwersyteckie oraz młyn. Ale przedwojennych zdjęciach widać, że chodziło o całkiem sporą grupę ludzi, ponieważ zarówno w miejscu gdzie obecnie stoi pomnik biskupa Kominka stały wysokie kamienice dachami sięgającymi aż do szczytu ścian kościoła NMP, a w zachodniej części wyspy było całe urocze miasteczko kamienic z zakręcającymi uliczkami, z daleka wyglądającymi jak bajkowy krajobraz. Zapewne było to proporcjonalne (odwrotnie) do wygód oferowanych przez te piękne z daleka domki. Oblężenie było zagładą tego wyspiarskiego miasteczka. Na zdjęciach lotniczych z 1947 widać już tylko ściany tych domków, bez żadnych dachów. Wkrótce po wojnie teren został splantowany. Ta uwaga dotyczy sporej części powojennego Wrocławia, dla którego charakterystyczne były spore obszary wolne od zabudowy, niejednokrotnie w ścisłym centrum, całe rozlegle place powstały w miejscach gęsto zabudowanych kamienicami. Najlepiej to ilustruje przykład placu Dominikańskiego (ściśle rzecz biorąc terenu pomiędzy właściwym pl Dominikańskim a obecną Trasą W-Z), w XIX wieku zabudowanym tanimi kamieniczkami, przeznaczonymi przez biuro Maxa Berga do wyburzenia. I rzeczywiście zostały wyburzone, przynajmniej częściowo przez samych Niemców podczas oblężenia. Po wojnie resztki ruin usunięto, a plac nagle i to na kilkadziesiąt lat stał się wielkim, o powierzchni większej niż Rynek, trawnikiem ze ścieżkami i ławkami. Dostał też niesławnego patrona (o którym będzie okazja wspomnieć w naszej kronice). W początku lat 90. XX było to miejsce najbardziej rozległych wykopalisk archeologicznych jakie przeprowadzono w europejskim mieście i po ich zakończeniu ogrodzony teren stał się uroczym bajorkiem z własną florą i fauną. W końcu z opóźnieniem, ale skutecznie wkroczył inwestor i od 2001 stoi tam Galeria Dominikańska.

Tego dnia Hugo Hartung po dotarciu do szpitala ojców bonifratrów, jak można sądzić z późniejszych wpisów w notatniku jest w zbyt ciężkim stanie, by cokolwiek napisać. O miejscu, w którym się znalazł i jego relacji, napiszemy później. [td]

piątek, 27 lutego 2015

27 lutego, wtorek


27 lutego, wtorek
Trzy dni temu w berlińskim sztabie Adolfa Hitlera  analizowana była sytuacja w Breslau. Wojenne wróbelki doniosły, że na północy miasta Iwan zostawił niewielu swoich kolegów. Jak się później okaże ten meldunek będzie kluczowy dla  wydarzeń które nastaną niebawem. Dzisiaj, obraz miasta znany z pierwszych powojennych zdjęć Wrocławia rysują artyści znad Dniepru i lokalni wandale z Zundkommandos. Pl Powstańców Śląskich został zajęty przez Rosjan, w związku z tym specjalne grupy niszczycieli, po wcześniejszej ewakuacji ludności cywilnej z rejonu od ulicy Wielkiej do Dworca Głównego rozpoczęły egzekucję wspaniałego południa. Miotacze ognia, ładunki wybuchowe i tępa nienawiść mieszały się w skaczących płomieniach od Wielkiej po Ślężną. Celowe podpalenia i wyburzenia nie ominęły także kościołów. Niemieccy likwidatorzy działali systemowo, jak donosi Peikert nie oszczędzono kościołów św Karola i św Augustyna przy Januszowickiej przez co południe straciło już ostatnie świątynie. 

Tragedia w wymiarze straty osobistej gubiącej się w skali wojennego okrucieństwa, właśnie w Breslau duszonym gęstym dymem pożaru i brązowym skórzanym pasem staje się wręcz symboliczna. 27 lutego, ks Peikert:
„(…)Krążą pogłoski że dr Matzeger, proboszcz z Ciążyna, został zastrzelony. Gdy Rosjanie wtargnęli do tego przedmieścia Wrocławia, wyszedł naprzeciw i podał im ręce. Gdy Rosjan odparto, ktoś złożył doniesienie o jego postępku, skutkiem czego rozstrzelano go(…)” Poczciwy Peikert nie wiedział, że Matzeger wciąż żyje i ma się dobrze, a informacja o jego śmierci to jedynie plotka. W dziennikach proboszcza parafii św. Maurycego zauważalny jest coraz większy sprzeciw, mieszający się z postępującym zniechęceniem, jeśli nie depresją. Ilość obrazów przesuwających się przed oknami domu parafialnego, organicznie dostrzegalny bezsens wojny i skala okrucieństwa wystarczyły. Peikert wspomina o pociskach zapalających wystrzeliwanych przez Rosjan, upatruje w radzieckim ostrzale główną przyczynę nowych pożarów w centrum które go martwią. Póki co nie ma jeszcze bezpośredniego kontaktu z regularnym ostrzałem z broni maszynowej. Inaczej niż żołnierze radzieccy walczący w tym samym momencie w okolicy ulicy Kamiennej, od 24 godzin wykrwawiając się o jedną kamienicę.
„(…)Pomoc z powietrza jednak nie wystarczyła. Teraz prowadzi ogień nasza artyleria. Całą dobę już pułk wlczy o jedną ogromną kamienicę. Przed chwilą poległ dowódca batalionu kpt. Czekmeiniew. Zastąpił go lejtnant Tkaczenko. W kompaniach piechoty zostało po 4-5 ludzi, w batalionie 2 oficerów, z których jeden o kontuzji ledwo trzyma się na nogach. A jednak idziemy naprzód. Kamienicę (a raczej jej gruzy ) zdobyto i utrzymano, zaś linia frontu posunęła się o 50 m do przodu.(…)”
Wymiar osobistej porażki, przeplatanej zmęczeniem ma przeróżne odcienie. Z zapowiedziach o rzekomym zdobyciu Breslau w ciągu 3-4 dni pozostało tylko wspomnienie. 50m na dobę przy stracie wielu żołnierzy, takie są realne koszty tej wojny.

Podobnie było w okolicy wspomnianego już pl. Powstańców Śląskich. Inna narożna kamienica stała się cmentarzem kilkunastu Rosjan trafionych przez snajpera z dachu. Dziewiętnastoletni Briagin dostał rozkaz zdobycia tego wyjątkowo silnego punktu oporu. Było o wręcz niezbędne aby przesunąć się o kolejne 50m.  Ryszard Majewski relacjonuje przebieg wydarzeń co najmniej tak sugestywnie jak by tam był 27 lutego i cały swój trud włożył dla 50m. Mniej niż dystans na jaki biegają dzieci w szkole podstawowej:
„(…) Brigadin, podzielił swych ludzi na dwie części. Pierwsza, którą dowodził on sam, pod osłoną nocy przekradła się w bezpośrednim sąsiedztwie budynku i wczesnym świtem, osłaniana zwałami gruzu i wspierana ogniem dwóch działek 45 mm oraz działa pancernego, rozpoczęła ostrzeliwanie Niemców. Briagin postawił tu wszystko na jedną kartę, w której stawką było życie własne i podległych mu żołnierzy. Niemcy odpowiedzieli silnym ogniem. W ciągu kilkunastu minut połowa żołnierzy grupy była ranna lub kontuzjowana. Tymczasem jednak druga grupa, dowodzona przed doświadczonego szeregowca Zajkina, wykorzystując to, ze Niemcy skupili się na Briaginie całą swoją uwagę, przedostała się na tyły budynku, obrzuciła granatami okna piwnicy i wdarła się do środka(…)”

Aby wyobrazić sobie w pełni bitwę o dzisiejsze 50m do relacji Majewskiego należy dodać jeszcze, że po wejściu do budynku żołnierze rozpoczęli walkę na noże, bagnety, saperki i granaty. 45 min. Podobnych starć każdego dnia było bardzo wiele. Każda narożna kamienica stawała się fortecą, każdy pokój mógł być śmiertelną pułapką.[tom]

czwartek, 26 lutego 2015

26 lutego, poniedziałek. "Wszystkie ulice stoją w płomieniach"

Ul Powstańców Śląskich / Kaiser-Wilhelm-Straße
Pierwszy dzień tygodnia, luty zmierza ku końcowi, wkrótce skończy się również plucha i chłody. Trzy dni temu padła Twierdza Poznań. Nawet jeśli ktoś się o tym w oblężonym Wrocławiu dowiaduje, nie wywołuje to wielkich emocji. Na pewno tym, który żywo reaguje na tą wieść jest dowódca oblegającej Wrocław 6. Armii, generał Głuzdowski. Upadł punkt oporu pod wieloma względami porównywalny do jego Wrocławia, a on nawet nie zbliżył się do centrum. Atak po ataku grzęźnie w mieście zamienianych przez obie strony w ruiny, bataliony topnieją, opór krzepnie. Ach, gdyby wreszcie udało się dokonać przełomu! Szturm generalny pełną siłą Armii skoncentrowaną - przeprowadzony w podręcznikowy sposób - na wąskim odcinku, rozpoczął się 20 lutego. A trzy dni później, kiedy upadł Poznań, linia frontu przebiegała zaledwie kilometr dalej, na zachodnim odcinku bez zmian, natomiast w kierunku wschodnim: południowym skrajem Muchoboru Wielkiego (Groß Mochbern) i dalej linią kolejową, a potem równoleżnikowo mniej więcej linią obecnych ulic Hallera i Armii Krajowej - czyli Obwodnicą Śródmiejską, której plany powstały w biurze urbanistycznym Maxa Berga w 1921 - i do Odry południową granicą Księża Wielkiego (Groß Ohlewiesen) i Mokrego Dworu (Althofnaß). W 1945 na linia tej obwodnicy była zrealizowana tylko na odcinku pomiędzy Grabiszyńską a Ślężną (nosiła nazwę na zachód od Powstańców Śląskich Kürasierstraße a na wschód Kirchee Alee), więc front na wschód od Ślężnej miał bardziej skomplikowany przebieg. Sowieci wdarli się aż wgłąb Gajowej (Herdain), która jednak wówczas była przeciągnięta bardziej na południe, a potem Bardzką i Laskową (Strehlener), Ziębicką (Mũnsterberger), Klimasa (Hippel) w kierunku Książa. Największym osiągnięciem było zdobycie Koszar Kirasjerów Wielki Elektor, które jak pamiętamy były miejscem formowania garnizonu twierdzy. Do tego czasu, przez trzy dni utracili w walkach 76 czołgów i transporterów opancerzonych. Wycofali więc siły pancerne i rzucili do walki saperów niszczących fortyfikacje i miotacze ognia do walki z piechotą. Następnego dnia, 24 lutego, zdobyli siedzibę sztabu VIII. Okręgu Wojskowego na Gajowickiej (Gabitzstraße) opuszczoną zaledwie dziesięć dni wcześniej i wyprowadzili natarcie w kierunku zachodnim mające na celu skrócić linię frontu, pułk "Wehl" który stanął na drodze tego natarcia został zdziesiątkowany i miał już ulec, w ostatniej chwili siły obrońców wzmocnił sprowadzony w pośpiechu z północnej linii obrony pułk "Mohr" i ostatecznie po kolejnych trzech dniach krwawych walk, 26 lutego, zdobycze sowieckie wytyczały ulice: Pereca (Rehdiger) Żelazna (Opitz) pl Hirszfelda Gwiaździsta (Kronprinzen) Ostra (Lothrigen) pl Powstańców Śląskich (Hindenburgplatz), dalej na wschód rejon ulic Kamiennej (Stein), Sztabowej (Menzel), Sudeckiej (Hohenzollern) i Alei Wiśniowej (Kirchee Alee). Tempo ataku drastycznie malało.

Armia Czerwona we Wrocławiu, artyleria na pierwszej linii
Nie miało żadnego znaczenia, ani dla generała Głuzdowskiego, ani dla marszałka Koniewa, że Poznań był niezbędny w marszu na Berlin, natomiast Wrocław leżał na uboczu i nawet zdobyty będzie zbyt zrujnowany by udało się przywrócić mu funkcję węzła komunikacyjnego, póki takowy będzie jeszcze do zdobycia Berlina potrzebny. To była wojna ambicji i rozszalały niewypowiedziany konflikt o kilometry, wyścig najlepszych hartów i bojarów najstraszliwszego z carów Wszechrusi. Było też coś jeszcze czego ani na chwilę nie tracili z oczu: obaj wykuwali na gorąco historię, Wielką Historię. Wiedzieli, że ich czyny będą nie tylko na pomnikach i akademiach, przede wszystkim wiedzieli, że ta wojna przejdzie do historii ogromem i rozmachem, że nie tylko za ich życia, ale przez całe stulecia będzie się o nich mówić. Każdy z nich był kolejnym Kutuzowem i Suworowem. Drugą, być może ważniejszą, wojnę toczyli ze sobą i to nie teraz a w jakimś o wiele ważniejszym "na zawsze", w wieczności. Zwycięstwo i rola w historii była zapewniona, ale wciąż nie było wyjaśnione który z nich zdobędzie najważniejszy laur tej wojny: tytuł zdobywcy Berlina. Koniew w zasadzie był na gorszej pozycji, za bardzo na południe, ale gdyby zdobył przewagę, gdyby to mu się udało był w stanie wyprowadzić uderzenie od południa. Gdyby... i nagle szanse tego "gdyby" urosły, okazało się bowiem że mający Berlin pod nosem marszałek Żukow, dowódca 1. Frontu Białoruskiego nadział się na Wał Pomorski (Pommernstellung), ostatnią rubież Hitlera, której pokonać nie sposób, nikt nie jest w stanie jej pokonać, można ją było tylko w całości zniszczyć, bunkier po bunkrze, linia po linii, metodycznie, lotnictwem, artylerią, piechotą. Sowieci szybko się dopracowali metody systematycznej likwidacji niemieckich umocnień, skutecznej i - co dawało szanse Koniewowi - bardzo czasochłonnej. 24 lutego Żukow wciąż ma zaangażowaną w walce całą prawą flankę, choć w końcu zdobył Poznań i umocnił się na Odrze, nie ma szans na wyprowadzenie kolejnej, najważniejszej w swoim życiu i ostatniej w tej wojnie ofensywy. Koniew zaś nie napotkał żadnej poważniejszej linii umocnionej, Odrę przekroczył łatwo, w razie potrzeby równie łatwo przejdzie Nysę Łużycką. Ale jego sytuacja nie jest wcale prosta. Po pierwsze jest wysunięty do przodu i ma na lewej flance góry, co gorsza są to Sudety, góry niezbyt wysokie z wieloma łatwymi do przekroczenia przełęczami i doskonałą siecią dróg. Gdzieś w tych Sudetach jest Wehrmacht, nie wiadomo dokładnie, ani gdzie ani w jakiej sile. Na pewno duże siły wroga są po drugiej stronie, w Czechach. Sowieci od rzezi na Przełęczy Dukielskiej, czyli tzw operacji dukielsko-preszowskiej, podczas której pchali pułk po pułku i kolejno je tracili, żeby przebić się z pomocą powstaniu na Słowacji, za wszelką cenę unikali walki w górach. Bitwa o Przełęcz Dukielską była jednym z najbardziej zapomnianych i najkrwawszych epizodów II Wojny Światowej, obie strony mogły stracić łącznie nawet 100 tysięcy zabitych. Co gorsza, wobec klęski była to z punktu widzenia Armii Czerwonej bitwa zupełnie niepotrzebna. Dlatego w Sudety nie wchodzili, ale było to źródło nieustannego niepokoju. Po drugie gdzieś na Śląsku i Łużycach operowała Grupa Armii Środek Schõrnera. Marszałek Koniew nie wiedział, bo wiedzieć nie mógł, że Schõrner uznał za właściwy kierunek wojny południe, sądząc że to Praga będzie głównym teatrem wojny. Ponieważ kierunek operacji Schörnera był nieznany, a Sudety groźne i zakryte mgłą wojny, pozycja wrocławska nagle nabierała na znaczeniu - tym bardziej że tuż obok była wciąż niezdobyta twierdza głogowska. Chwilowo Koniew zakończył robienie kilometrów. Po realizacji wszystkich założeń operacji Wisła-Odra pozostało mu utworzenie bezpiecznego rejonu przegrupowania głównych sił i wyprowadzenia kolejnej ofensywy, a także zapewnienie sprawnej logistyki. Były to zadania utrudnione w sytuacji, kiedy ma się nieznane góry ciągnące się na kilkaset kilometrów wzdłuż lewej flanki i nie wiadomo gdzie znajdującą się armię przeciwnika oraz wciąż bronione największe miasto regionu. Nie wyprzedzając faktów dodajmy, że już wkrótce znaczenie pozycji wrocławskiej miało jeszcze wzrosnąć. To tylko z dzisiejszej perspektywy walka o Wrocław była bezsensowną rzezią i orgią zniszczenia. Ówczesne kalkulacje były zgoła inne. Mylne wprawdzie, ale to miało się okazać dopiero po wojnie. Koszmar rzezi dukielskiej miał wrócić z jeszcze większym rozmachem i jeszcze większym bezsensem.

Tego samego dnia, kiedy poddał się Poznań świadek zacytowany w monumentalnej pracy Gleissa pisze o sytuacji na Oporowie: "Obok siebie leżały jedno przy drugim setki ciał żołnierzy niemieckich. Wielokrotnie musieliśmy oglądać jak nawet zwłoki Rosjan nie są zostawiane w spokoju. Rozdzierano im mundury, zabierano zegarki i portfele, a nawet ściągano obrączki z palców. Wszystkich nas paraliżował strach - jak straszna jest ta wojna! W ciągu kilku ostatnich godzin przeżyliśmy tyle okropności, że oduczyliśmy się płakać". Inny zaś, również z Oporowa: "Nagle w sieni usłyszeliśmy głośne krzyki i niebawem pojawił się Rosjanin z dziewczynką, którą brutalnie bił. Zaprowadził płaczące dziecko do sąsiedniego pomieszczenia. Co i rusz słyszeliśmy krzyki i błagania, ale prośby nie zdały się na nic. Kwilenie było coraz słabsze i słabsze, aż w końcu całkiem ucichło. Zaraz potem Rosjanin wyszedł, a kilka odważniejszych kobiet wśród nas poszło zajrzeć do pokoju obok. musiał to być straszliwy widok. Na podłodze leżała w kałuży krwi trzynastoletnia dziewczynka - kompletnie naga. Już nie żyła".

26 lutego ksiądz Peikert opisuje zwyczajny Kriegschmerz twierdzy: "Niespokojna noc. Około północy silny ogień z karabinów maszynowych. Dzień dżdżysty i burzliwy. Silny obustronny ogień artyleryjski przez cały dzień. W południe znowu ciężki nalot nieprzyjacielski z bombami sprzężonymi, szczególnie na okolicę dworca", natomiast jakby tym samym głosem ksiądz Laßmann dodaje wczoraj: "W ciągu dnia nękają nas bombami rosyjskie samoloty, a do tego nieprzerwanie trwa ostrzał artyleryjski" a dziś, 26 II, odnotowuje "O godz. 13.15 w południową ścianę Katedry trafia pocisk artyleryjski, akurat w chwili kiedy tamtędy przechodzę".

Richard Hargreaves w swojej nieco fabularyzowanej i nieco fantazjującej, trochę książce historycznej a trochę powieści, zajmuje się kwestią upadającej dyscypliny obrońców: "Ponadto von Ahlfen wydał rozkaz, zgodnie z którym każdy kto opuści swoje stanowisko i wycofa się bez rozkazu, miał być postawiony przed plutonem egzekucyjnym. Saper Franz Polak tak właśnie uczynił. Podobnie jak kapral Richard Misof. Sierżant Richard Brener wałęsał się po opuszczonym mieszkaniu, zamiast dołączyć do swych ludzi. On także został stracony. Zbyt długi język pięćdziesięciopięcioletniego volkssturmisty Martina Mayera ściągnął na niego wyrok śmierci za "wygłaszanie wywrotowych uwag". Starszy kapral Alfred Mayer, kapral Paul Piontek, oraz bombardierzy Josef Smolka i Anton Drong postanowili zdezerterować całą grupą, porzucili broń, podarli swoje książeczki żołdu i próbowali przejść na stronę radziecką. Odwaga ich jednak opuściła, gdy czerwonoarmiści otworzyli do nich ogień. Następnego ranka niemiecki oddział rozpoznawczy odnalazł ich ukrywających się w jakiejś stodole. Cała czwórka została rozstrzelana na rozkaz von Ahlfena". Już zwracaliśmy uwagę na polskie nazwiska po sowieckiej stronie, żołnierze 359 DP: Bielicki i Krawczyk, tu mamy żołnierzy o nazwiskach: Piontek, Smolka i Drong, bez wątpienia górnoślązaków, których entuzjazm wobec sprawy Hitlera był rozmaitego sortu. Kto wie, może zdarzyło się podczas bitwy wrocławskiej, że strzelali do siebie ludzie o tych samych polskich nazwiskach, chociaż żadnego polskiego oddziału podczas tej bitwy nie było. Jak donosi Schlesische Tageszeitung z 21 lutego: "Te wyroki śmierci miały stanowić przestrogę dla każdego żołnierza i jednocześnie dać uczciwym żołnierzom - jak również całej załodze twierdzy - satysfakcję, że tchórzliwych zdrajców spotkał bezlitosny i haniebny los. Zbiorowe egzekucje tchórzy i dekowników nie tylko usuwają ich z szeregów armii, ale także okrywają hańbą ich rodziny, odbierając im honor i skazując na nędzę przez pozbawienie wszelkich świadczeń". Takie było propagandowe zamierzenie. Jednak ze znanych nam opisów wynika, że liczba dekowników nieustannie rośnie, a terror Wehrmachtu na własnej ludności cywilnej całkiem otwarcie przeradza się w rabunek, brutalność i sadyzm. Jakby robiąc do tego aluzję Hans von Ahlfen w jednym z ostatnich rozkazów pisze: "Każdy dom w Festung Breslau, który powierzył nam Führer, będzie kosztować wroga całe rzeki krwi. Pamiętajcie zawsze o tym, że bolszewicki wróg zgwałcił wasze żony, zamordował wasze dzieci i braci lub zapędził ich do przymusowej pracy" i bardzo dziwnie czyta się te słowa, które po usunięciu zaledwie dwóch wyrazów równie dobrze i z taką samą racją mógłby powiedzieć dowódca sowiecki. Jak jednak wiemy z jego pamiętnika, nie jest to celowa ironia, tym straszniej to brzmi.

Hugo Hartung wczoraj przemierza drogę z centrum miasta, z podziemii poprzedniego budynku Teatru Polskiego, do klasztoru bonifratrów: "Po południu wyruszamy z Sch. do klasztoru. Upiorny spacer przez wymarłe miasto. Wszystkie ulice stoją w płomieniach, a "sowieckie maszyny do szycia" co rusz stebnują je terkoczącymi seriami z karabinu. Ta mozolna droga ciągnie się w nieskończoność, aż wreszcie docieramy do piwnic klasztoru ojców bonifratrów, gdzie nad drzwiami znajdujemy krzepiący napis "izba przyjęć"", a dziś ledwo odnajduje siły by zapisać: "Leżę w gorącej dusznej piwnicy. Prawie cały dzień śpię lub jestem półprzytomny. Po południu ojciec przeor przynosi mi lampkę wina. Zna mnie jeszcze z czasów, gdy wraz z artystami naszej opery na górze w lazarecie organizowałem koncerty dla ciężko rannych". Prawdopodobnie ma na myśli ogromną kryptę pod kościołem Trójcy Świętej. Ojcowie bonifratrzy zostali sprowadzeni do Wrocławia staraniem wysokiego urzędnika administracji habsburskiej Ludwika Cocx von Onssel, radcy kamery cesarskiej, który podarował im ziemię. Wcześniejsze próby były blokowane przez luterańskie miasto. Dlatego zostali ulokowani poza murami miasta na rogu ulic Traugutta (Klosterstraße - ta nazwa wywodzi się właśnie od ich klasztoru) i Pułaskiego (Brüderstraße - podobnie). W 1711 przybywa pierwszych trzech braci z Cieszyna gdzie szpital bonifratrów istnieje już od 1696. Ich domem macierzystym jest klasztor w Felsbergu (Austria). Wkrótce w latach 1715-22 wznoszą - jak się później okazuje - ostatni barokowy kościół katolicki we Wrocławiu, budowany przez późniejszego budowniczego Gmachu Głównego Uniwersytetu: Johanna Blasiusa Peintnera. Trzy lata później, w 1725, kościół zostaje poświęcony przez biskupa Franza Neuburga. W ostatniej chwili, bo w 1736, udaje im się zakończyć budowę klasztoru. Cztery lata później Fryderyk II Wielki wkracza na Śląsk by, jak zapewnia "zaprowadzić pokój", w kraju który od ponad 90 lat nie znał wojny. Następują wojny śląskie i Śląsk, prawie cały przechodzi w ręce pruskie. Założony w 1540 przez Portugalczyka św. Jana Bożego zakon ma charakter szpitalny, specjalizuje się w ziołolecznictwie i od początku za główną zasadę przyjmuje pomagać wszystkim, bez względu na wyznanie. Po kolejnej wojnie, tym razem z napoleońską Francją, Prusy rozpaczliwie potrzebują pieniędzy i za przykładem Austrii oraz Francji dokonują sekularyzacji, tj zajęcia przez państwo wszystkich dóbr klasztornych i likwidacji zgromadzeń zakonnych; wszystkich z wyjątkiem tych które zajmują się pracą uznane przez państwo pruskie za użyteczną społecznie, czyli opieką nad młodzieżą, szkolnictwem lub medycyną. We Wrocławiu ocalały tylko trzy zgromadzenia: urszulanek, elżbietanek oraz właśnie bonifratrów. Zasada pomagania wszystkim, niezależnie od sytuacji powoduje - o czym Hartung nie wie, bo jest to trzymane w najściślejszej tajemnicy - że bonifratrzy w ogromnej krypcie oprócz rannych żołnierzy niemieckich, trzymają zbieranych potajemnie rannych pilotów sowieckich. Właśnie to spowoduje, że w nagrodę za uratowanie ich życia po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną dostaną wszelkie gwarancje bezpieczeństwa oraz - co naprawdę miało znaczenie - straż która pilnowała ich dotrzymania. [td]

środa, 25 lutego 2015

25 lutego, niedziela

25 lutego, niedziela
Hendrik Verton, żołnierz SS Besslein lubi obszernie cytować Malinina, rosyjskiego korespondenta znanego z naszego dziennika. Pod wspomnieniami z dnia 24 lutego dopisał od siebie:

„(…) W oczekiwaniu na atak Rosjan od północy i wschodu, w ostatnich dniach stycznia wydano rozkaz ewakuowania stamtąd tysięcy mieszkańców. Przewędrowali oni do opuszczonych domów w południowej części miasta. Kiedy rozpoznano, że zagrożenie idzie od strony południowej, to dwie trzecie spośród ewakuowanych przeprowadzono z powrotem na stare miejsce. W Tm celu tramwaje, które ciągle chodziły, miały polecenie docierać na odległość pary kilometrów od linii frontu. To był zabieg psychologiczny mający na celu uspokoić ludność.(…)”

Verton stacjonujący w tym czasie na zachodzie Breslau nie wiedział o tym, że ludzie którzy zostali zmuszeni do opuszczenia Zimpel, po powrocie z południa miasta zastali opustoszałe mieszkania. Rabunek żołnierzy niemieckich na własnej ludności był o tyle ciekawy, że wcześniej nie spotykany na tak masową skalę. Sępolno w dniach oblężenia to także dramat około 1500 zamkniętych pod kluczem więźniów. Większość z nich, w przeważającej części kobiet i dzieci przywiezione zostały z Warschau tuż po powstaniu.  Teren szkoły ludowej w ekstremalnych warunkach znany im był już od roku. Śmiertelność szczególnie wśród dzieci była niewiarygodnie wysoka. Działo się to na oczach, przy jednoczesnej ignorancji zarówno władz wojskowych, jak i ludności cywilnej obecnie tak niemiło zaskoczonej przez własną armię. Nikt nie liczył strat wśród cudzoziemców. Jak donosi ks. Peikert dzisiaj bomba spadła na szkołę im Clausewitza w której przebywało 1000 osób w większości Polaków. Dodaje jednocześnie że:

„(…)Pod wieczór opowiadają żołnierze, że na południu przedarli się Rosjanie do Steinstrasse i zdobyli wielkie cmentarze przy Lohestrasse (ul. Ślężna) i Bohrauerstrasse (ul. Borowska) Coraz bardziej staje się oczywiste, jak pochopnym i mało przemyślanym krokiem wobec policji państwowej była zgoda generalnego wikariusza na ustalenie określonej liczby duchownych pozostających we Wrocławiu.(…) Wieczorem jak grom spadła na Festung Breslau wiadomość, że gaulaiter Hanke udał się na wypoczynek do Carlsbadu(..)” 

Ks Peiker nie kryje żalu i rozgoryczenia, jednak informacja o wyjeździe Hankego była jedynie plotką. Przynajmniej na razie Hanke został na miejscu. Jednak wydaje się, że czara goryczy Peikerta właśnie się przelała. Gdyby ktokolwiek wówczas przeczytał jego słowa, z pewnością proboszcz zasilił by armię duchów wirującą nad Breslau jeszcze dzisiaj.

„(…) Weseli się i bawi,  gdy tymczasem stolicę jego prowincji wydaje się na pastwę srogiej nędzy i spustoszenia. Tak czynili zawsze owi funkcjonariusze. Oni używali życia czerpali zeń pełnymi garściami, od narodu żądając wszystkiego i domagając się każdego poświęcenia. Później przybierali teatralną pozę przed narodem i wskazywali na siebie jak to pierwsi są skorzy do poświęceń. Przez 12 lat tego reżimu wszyscy stali się bogaczami, nie gardząc skradzionym i złupionym dobrem, a zagrabiwszy wszystko narodowi niemieckiemu, uczynili go narodem żebraków(…)”

Południe Wrocławia i coraz bardziej centrum, z każdym kolejnym dniem mocniej odczuwają przesuwający się front. Kolejny exodus ludności cywilnej nie przebiegał zawsze w tak bajeczny sposób jakim widział go Verton. Zgodnie z decyzją Ahlfena, że „ Nie wolno dopuścić, by choć jeden mieszkaniec Breslau dostał się pod panowanie bolszewików” ustawieni w kolumnach Wrocławianie ruszyli na północ. Luiza Hartmann, jedna z wielu pozostałych w mieście Wrocławianek wystarczająco sugestywnie opowiedziała o tym po latach:

„(…) W drugiej połowie lutego (było to chyba 22 lub później) zostaliśmy wraz z ojcem wypędzeni, w przeciągu 15 minut, przez naszych żołnierzy z domu i ewakuowani do śródmieścia, gdzie znaleźliśmy przytułek w jednym z domów ( lub raczej w piwnicy tego domu) przy Kurkowej. Przejście na piechotę tych kilku kilometrów, przerywane ciągłymi nalotami lotniczymi i ostrzałem artyleryjskim, trwało cały dzień. Następnego dnia zostałam skierowana do pomocniczej pracy w szpitalu przy Rydygiera. Ojciec niezdolny do jakiejkolwiek pracy fizycznej, pozostawał całymi dniami w piwnicy, żywiąc się tym co przyniosłam mu ze szpitala. W piwnicach tej części miasta, w najbardziej prymitywnych warunkach, gnieździły się dziesiątki rodzin. Na powietrze wychodzono głównie w nocy, kiedy kończyły się naloty i cichły walki. Dochodziło do nieustannych kłótni o każde głupstwo, a nawet bez powodu. Ludzie oskarżali się wzajemnie, i co gorsza wobec władz, o przeróżne sprawy, a tej liczbie o nielojalne wypowiedzi pod adresem Hitlera, Rzeszy i partii. Najczęściej kończyło się aresztowaniem, lub nawet czymś znacznie gorszym, o czy teraz nie chcę pisać, ani nawet myśleć.(…)”

Koszty ludzkie dla aparatu terroru nie były istotne, pogarszająca się sytuacja materialna dotyczyła głównie ludzi niezdolnych do pracy. Żywność przewidziana była jedynie dla obrońców twierdzy i pracujących cywilów.

Natarcie Armii Czerwonej, początkowo żywiołowe zaczęło właśnie słabnąć. Na odcinku południowym, liczebnie przeważały oddziały niemieckie, około 9,5 tysiąca obrońców dwukrotnie przewyższało atakujących Rosjan. Oporem dla atakujących była zabudowa miejska. Także barykady, zwały gruzów, pola minowe i zasieki skutecznie ograniczały postępy 6 Armii. Na uwagę zasługuje świetne wykorzystanie pajęczyn miejskiej kanalizacji. Podziemny Wrocław stał się na długo wcześniej tematem odrębnej strategii komendanta twierdzy. Specjalnie do tych zadań przywołany został miejski radca budowlany dr inż. Liebich który opracował spójną koncepcję wykorzystania kanalizacji dla celów militarnych. Wrocław posiadał sieć kanałów o długości ponad 500 km, z czego około 75 kilometrów było wymurowanych. Na południu miasta najistotniejsze były dwa okrężne kanały, z których pierwszy biegł przez ulicę Sanocką, pl. Szeli, na ukos przez teren kolejowy na zachód od Dworca Świebodzkiego i przez ulicę Robotniczą. Właśnie tym kolektorem przedostawali się żołnierze niemieccy, podchodząc bardzo blisko pozycji radzieckich. Umożliwiało im to zakładanie materiałów wybuchowych i wysadzania całych domów w powietrze. Niemcy chwytali się przeróżnych niecodziennych możliwości aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Odnalezione w magazynach marynarki wojennej torpedy morskie z powodzeniem uzupełniły siły Wehrchmachtu. Stały się one postrachem wśród Rosjan, którzy potraktowali je jako nieznany rodzaj broni.[tom]

wtorek, 24 lutego 2015

24 lutego, sobota. "ciemnoróżowe niebo od płonących domów"

Dwa dni temu zakończył się sen Hugo Hartunga: "Po południu nasza sielanka raptownie się kończy. Na Czarnieckiego (Alsenstraße) zajeżdżają wielkie ciężarówki i rozlega się znienawidzona komenda "wymarsz!". Mamy być przeniesieni do centrum walk ulicznych na południu. Podróż przez śródmieście przebiega w szalonym tempie, nierzadko pod obstrzałem. Spod plandeki nie możemy oszacować rozmiaru zniszczeń. Im dalej na południe tym silniejsze czuję przygnębienie. Każdy tutejszy ogródek, każdy kawałek bruku, to kawałek najbliższej sercu małej ojczyzny". Kiedy już dotarli na miejscu ulokowali się w niewygodnej piwnicy, i dalej pisze "głowa mi pęka od tego piekielnego hałasu na zewnątrz. Pomimo to spróbowałbym przejść tych kilka kroków do mojego mieszkania. Ale kapral, któremu przedstawiam to życzenie mówi:
- Człowieku czyś ty oszalał? Przez Pl. Powstańców Śląskich (Hindenburgplatz) nikt już się żywcem nie przedrze.
A więc piekło jest tak blisko!
Wieczorem rozdają nam butelki z najwyborniejszymi trunkami, które najwyraźniej uchowały się jeszcze w piwnicach dowództwa Luftwaffe: najlepsze marki szampana, francuski wermut i koniak. Nikogo to jednak nie rozwesela, powszechne przygnębienie nie ustępuje
". Ciągle jest sznaps, ale jakże inna atmosfera, widok okolic własnego domu bombardowanych i ostrzeliwanych, perspektywa rychłej śmierci, chaos wynikający z braku wyszkolenia, z braku dowodzenia i braku łączności. Żołnierze z pospolitego ruszenia nie wiedzą co się dzieje w sąsiednim domu. Jeżeli nie strzelają do swoich to tylko dlatego, że mają problem ze strzelaniem. Już następnego dnia 23 lutego sytuacja staje się groteskowa: "Ten dzień ulicznych walk staje się naszym piekłem. Już o czwartej nad ranem zajmujemy pozycje w kamienicy przy Kũrassierstraße 17, tuż obok kina Roxy (później Lwów), gdzie niegdyś byłem stałym bywalcem. Rozkaz brzmi "Odpierać ataki Rosjan, którzy zagnieździli się w dzielnicach willowych na południu i których natarcie spodziewane jest z bloków po przeciwległej stronie ulicy. Wraz z dwoma kolegami artystami zajmujemy stanowisko na pierwszym piętrze budynku, kopniakami wyważywszy uprzednio drzwi do mieszkania. W oknie sąsiedniego mieszkania montowany jest karabin maszynowy, o obsłudze którego nikt z naszego oddziału nie ma zielonego pojęcia. Na szczęście dołączyło do nas kilku leciwych funkcjonariuszy Volkssturmu, którzy jeszcze z czasów pierwszej wojny wiedzą jak się z tą bronią obchodzić. Długo nie udaje się nam tam przetrwać, bo ostrzał z granatników nasila się i do naszego pokoju wpada tyle odłamków, że nie sposób się przed nimi osłonić. [...] ponownie wdzieramy się do cudzego mieszkania. Tym razem jest to szczególnie zadbane gniazdko, a piękny pokój dziecinny budzi we mnie bolesne wspomnienia. Wszędzie widać jeszcze oznaki pośpiesznej ucieczki. Spakowane i pozostawione w ostatniej chwili walizki, rozrzucone na podłodze fotografie dzieci i listy, które zaczynają się od słów Kochana Mamusiu.... Jakiś mężczyzna nie należący do naszego oddziału, badawczo lustruje mieszkanie grzebie w walizkach, tu i ówdzie dotyka rzeczy które wydają się go interesować. Nagle widzimy kilku ludzi pędem przecinających ulice. Rozlega się wołanie "alarm!". Gdy wbiegają do naszej kamienicy, rozpoznajemy niemieckie mundury. Spotykamy się z nimi na schodach w sieni. Mówią, że należą do rozproszonego oddziału piechoty i teraz wycofują się na własną rękę, bez rozkazu. Ich twarze są szare i niewyspane. Radzą nam byśmy również czym prędzej stąd uciekali, bo Rosjanie otoczyli ten dom. Jednak nasz kapral nie waży się działać bez rozkazu, chociaż z punktu dowodzenia nie docierają do nas łącznicy. Także w ogrodach za naszymi blokami nieustannie eksplodują granaty bezlitośnie je orając. W końcu nasza mała drużyna pozostaje zupełnie osamotniona pośród tego piekielnego bałaganu. Nie mamy wsparcia ani z lewej, ani z prawej, ani łączności z tyłami, i nieustannie wpatrujemy się w ul Wolbromską (Carmenstraße), z której mają nadejść Rosjanie. Po dziesięciu godzinach w tym kotle nagle słabnę i tracę przytomność. Nasz sanitariusz, Heinrich Pfanzl wlecze mnie przez ogrody do piwnicy przy ul Wandy (Oranienstraße), gdzie zastajemy naszych. Feldfebel K. desperacko wyczekuje rozkazów z nadrzędnej jednostki". Dopiero wieczorem najwidoczniej uznając, że rozkazy już nie nadejdą zaczynają się wycofywać, wszędzie za sobą mijają opuszczone pozycje i stacje sanitarne. Dopiero na wysokości ul Zielińskiego (Hofchenstraße) działa artyleria. W bunkrze pod Teatrem Polskim przy G Zapolskiej (Schauspielhausen) odnajdują działający punkt sanitarny. Hugo cieszy się z tego, że jest w bezpiecznym miejscu, które dobrze zna, m. in. z obchodów osiemdziesiątych urodzin Gerharda Hauptmanna. Dziś natomiast po dotarciu do bezpiecznego miejsca schronienia odnotowuje niewiele więcej ponad "W lodowatej piwnicy Schauspielhausen przespałem siedemnaście godzin".

Ale nie wszyscy śpią. Czuwają osoby partyjne. Dziś wielkie święto narodowego socjalizmu. Obchodzona uroczyście rocznica założenia NSDAP, z tej okazji Hitler wygłasza przemówienie, w którym nie widać śladów klęski i wysyła telegram z życzeniami do Gauleitera Hanke:

"Do Gauleitera Hankego.
Wraz z kierownictwem Ruchu, które dziś w rocznicę założenia naszej partii zebrało się wokół mnie, łączę się z Panem nierozerwalną myślą. Niechaj nasza nadzieja zwycięstwa doda sił Panu i Pańskim ludziom, abyście w wierze w przyszłość naszego narodu wytrwali na Waszej ciężkiej placówce aż do ostatecznego zwycięstwa.
Pański Adolf Hitler
"

Na co Hanke odpowiada:
"Twierdza Wrocław. 24 lutego 1945
Mój Führerze!
Do naszego podziękowania za Pański radiogram, który nadesłał nam Pan w rocznicę założenia partii, dołączam w imieniu całego kierownictwa politycznego okręgu dolnośląskiego ponowienie naszego przyrzeczenia, zawartego w końcowym zdaniu programu partyjnego, o bezwzględnym przystąpieniu w razie potrzeby do realizacji zasad narodowosocjalistycznych. Pańska pamięć w tych chwilach, mój Führerze, dopomoże wszystkim, kobietom i mężczyznom Dolnego Śląska, zwłaszcza w twierdzach Wrocław i Głogów, pośpieszyć z jeszcze bardziej bezinteresowną pomocą materialną i w zakresie robót żołnierzom wszystkich formacji Wehrmachtu i Volkssturmu, mężnie walczących na naszej dolnośląskiej ziemi.
Heil, mój Führerze! Wierny i posłuszny
Pański
Karl Hanke
"

Płonące ruiny Wrocławia
Ksiądz Paul Peikert nigdy nie wierzył partyjnej propagandzie, tym bardziej teraz jest pozbawiony złudzeń patrząc na klęskę i zniszczenia do których doprowadziły rządy Partii, m in zabite konie, których nikt nie uprzątnął przez cztery dni: "W czasie wędrówki po tych ulicach widzimy w mieście duże spustoszenie. Sam wygląd miasta sprawia przygnębiające wrażenie. Zbudowane olbrzymie barykady mają powstrzymać ofensywę Rosjan. Gruz domów zniszczonych przez bomby pokrywa dużą powierzchnię ulic. W pozostałych domach okna są niemal doszczętnie strzaskane, a z opuszczonych mieszkań powiewają firanki i zasłony na wietrze i w deszczu. Przy Zwinger widzimy jeszcze konie zabite podczas nalotu z wtorku wieczorem. Ulice twierdzy pełne są żołnierzy przybywających z przedmieść i tu w mieście stłoczonych. [...] Wszędzie na twarzach mieszkańców maluje się głęboka powaga i wielkie przygnębienie. [...] Wieczorem około godz. 20 na południu i południowym wschodzie ciemnoróżowe niebo od płonących domów. Donoszą, że na przedmieściu południowym Rosjanie postąpili naprzód poza Hindenburgplatz. Mają w swych rękach nowy gmach głównego dowództwa [okręgu wojskowego] przy Pretficza (Hindenburgstraße) oraz okolicę Kwaśnej (am Sauerbrunnen). Zajęli również okręgową dyrekcję poczt przy Powstańców Śląskich (Straße der SA)".

Ksiądz Walter Laßmann dodaje niezwykłą informację o powstaniu oderwanych od społeczeństwa koczujących po opuszczonych domach grup młodych ludzi, którzy żyją według własnych reguł "Ale są też tacy którzy utracili wszelką nadzieję. Żyją już tylko z godziny na godzinę, folgując swoim najciemniejszym instynktom. Zapomnieli o siódmym przykazaniu. Wiele wśród nich młodych dziewcząt, które jeszcze wczoraj chodziły w tanich płaszczach, dzisiaj noszą norkowe futra. Grupy takich ludzi penetrują Wrocław pod wodzą szczególnie "cwanych", którzy z góry przewidują, która dzielnica w płonącym mieście będzie wkrótce bombardowana. I tak dzisiaj śpią w łożach opuszczonych przez bogatych mieszczan willi, a następnego dnia zalegają podłogi nędznych czynszówek w najdalej na wschód wysuniętych obrzeżach Wrocławia". Tak wygląda Twierdza wojskowego reżimu pod ścisłym rygorem prawa wojennego, ale całkowicie pozbawiona już nie tylko wiary w zwycięstwo, ale też jakiegokolwiek przekonania w sens dalszej walki. Jaki to kontrast wobec pierwszych dni oblężenia kiedy powieszono pięciu chłopców za "rabunek", czyli urządzenie uczty piratów ma opuszczonej barce, do której się włamali. Wkrótce zobaczymy więcej przykładów degeneracji rygorów Twierdzy. Elementem coraz częstszym w opisach są snujący się jakby bez celu żołnierze, najprawdopodobniej unikający służby na froncie i niemal zupełnie jawnie dekujący się w cywilnych dzielnicach wolnych jeszcze od walk. Słynny rozkaz Generalobersta Frerdinanda Schörnera by każdy oddział frontowy wyznaczył na tyłach linię, za którą każdy przyłapany żołnierz bez pisemnego rozkazu ma być natychmiast bez sądu rozstrzelany, nigdy we Wrocławiu nie został wykonany. Gdzie tu można by taką linię wyznaczyć? Odpowiedzialny za większość morderstw Gauleiter Hanke zajął się tymczasem prywatną wojną ze swoim kolejnym wrogiem, tym razem komendantem twierdzy Hansem von Ahlfenem, który wprawdzie nie chce krytykować, nieżyjącego w momencie pisania wspomnień, Gauleitera, ale przyznaje, że od 20 lutego byli w konflikcie kompetencyjnym, a sprawa ewentualnego lotniska na pl Grunwaldzkim od 23 lutego poróżniła ich całkiem otwarcie.

Pastor Ernst Horning podaje przykład zbrodni dokonanej przez Wehrmacht na bezbronnych starych pacjentach zakładu opiekuńczego dokonanej tylko dlatego, że nie było jak ich ewakuować Wydarzyło się to w końcu lutego, przy ul Powstańców Śląskich (Kaiser-Wilhelm-Straße), kiedy sowieci zbliżali się do Pl. Powstańców Śląskich (Hindenburgplatz). Jak to opisuje z największą możliwą delikatnością przeorysza von Heydenbrand unikając nazywania morderstwa morderstwem: "Kiedy wrogowie coraz bardziej zbliżali się od południa, pojawił się niemiecki Wehrmacht i rozkazał dwóm pracującym tam siostrom opuścić dom z pacjentami, którzy mogli chodzić, ponieważ dom ma zostać spalony. Nasza siostra Berta Nelde przyszła, po długiej i pełnej niebezpieczeństw wędrówce, z kilkoma starcami do "Bethanien". Siostra, która prowadziła ten dom, Anna Lausch, musiała na rozkaz oficera podać, w jego obecności, każdemu z ciężko chorych pełną szklankę lekarstw: wszelkie protesty nie zdały się na nic. Było tam dwanaście, trzynaście osób, wszystkie leżały na słomie w pomieszczeniu piwnicznym, jedna obok drugiej, w wyłożonej kaflami kuchni. Kiedy wszyscy chorzy wypili ten napój, siostra Anna została wyprowadzona z budynku i rozkazano jej natychmiast opuścić okolicę i szukać schronienia w domu macierzystym. Obie siostry były w głębokim szoku". Jak komentuje to pastor Ernst Horning "Oficer ten, zamiast zastosować praktykowaną w tajemnicy w II Rzeszy, z powodów rasistowskich czy też politycznych, eutanazji na chorych umysłowo i niedorozwiniętych - a teraz na bezbronnych, niemogących się poruszać samodzielnie starszych ludziach - powinien zrobić wszystko co w jego mocy aby zorganizować nawet w ostatniej minucie, jakiś pojazd do transportu. [...] wszystkie wcześniejsze prośby przełożonego domu macierzystego i sióstr zakonnych aby w porę ewakuować "Fliednerhein" i jego mieszkańców okazały się daremne. Z tego powodu, kiedy budynek ze starcami znalazł się już prawie na linii frontu doszło do nagłej reakcji oficera, która była jednocześnie zabójstwem i zbrodnią przeciwko ludzkości. Chrześcijański sprzeciw wobec nieodpowiedzialnego rozkazu tego oficera, jaki wyrażały wobec niego obie siostry przeżywające ogromny konflikt sumienia, usiłował załagodzić stwierdzeniem że on sam pochodzi z chrześcijańskiej rodziny, ale jest niestety zmuszony tak właśnie postąpić. Przykład ten pokazuje jakie sytuacje i duchowe rozterki przynosił wielu ludziom okres oblężenia". Budynek musiał zostać zburzony żeby z obiektu który mógłby służyć wrogowi do ostrzału niemieckich pozycji uczynić kupę gruzu, rodzaj wielkiej i trudnej do przebycia barykady, przeszkodę głównie dla czołgów i artylerii pierwszoliniowej. Z tego powodu zamordowano starszych ludzi, których nie dało się już wyprowadzić na zewnątrz i ewakuować. Później budynek wysadzono w powietrze grzebiąc ślady zbrodni.

Metodę tę opisuje pułkownik Malinin w swoim frontowym notatniku we wpisie z dzisiejszą datą: "24 lutego 1945 r. Za mostem kolejowym we Wrocławiu, zaczynają się szerokie, miejskie ulice. Każdy oczyszczony z hitlerowców kwartał, każdy dom nosi na sobie ślady zaciętych walk. Ulice przegrodzone są ogromnymi kamiennymi barykadami ze strzelnicami. Niektóre największe domy hitlerowcy specjalnie wysadzili w powietrze, żeby zatarasować drogę. Wszystkie przeszkody przeciwnik trzyma pod ostrzałem swych cekaemów, moździerzy i pistoletów maszynowych. Nacierający żołnierze radzieccy muszą torować drogę dla swoich pododdziałów przez barykady i zapory z drutu kolczastego. Saperzy rozsadzają ściany, a wówczas działa są przeciągane przez wyłomy w murach budynków. Nasi żołnierze walczą o każdą kondygnację każdego budynku. Póki nie przejdą całego domu od góry do dołu, nie ma pewności że dom jest wolny". [td]

Sophie Scholl (1922-1943)

Choć Sophie Scholl nie jest w żaden sposób związana z Wrocławiem, jej krótkie - trwające zaledwie 21 lat - życie jest warte wspomnienia na naszym blogu i to z kilku powodów. Być może z ogólnej perspektywy historii jest po prostu jedną z dziesiątek milionów ofiar tej straszliwej wojny, która nauczyła Europę ostrożności w sięganiu po broń i która dla całego świata powinna być przestrogą ostateczną. Jednak Sophie, jej życie, działalność, proces i śmierć - pozwalają nam ujrzeć podwodne Niemcy, ukryte życie jakie prowadził ten wielki naród, kiedy cały świat widział go jako jednolitą masę maszerującą pod czerwoną flagą z odwróconą swastyką. Jest przede wszystkim świetnym przykładem tzw "zwyczajnej osoby", jak to się czasem mówi w uniwersalnym języku - Everymana (niem. Jedermann), która prowadzi życie z jakim możemy się utożsamiać, z wszystkimi takiego życia konsekwencjami, ale nagle, w wyniku splotu okoliczności oraz jej własnego wyboru dotyka ją Wielka Historia. Walka kruszy pozory, bo niby wszystko jest formą, ale jeśli własne życie jest stawką w walce, cała osoba jest zredukowana do tego, najważniejszego w życiu wyboru, który czyni z niej bohatera. Przeżyłabyś, moglibyśmy jej powiedzieć, i najprawdopodobniej nikt, prócz tych którzy cię spotkają, by o tobie nie wiedział. Wielka Historia dotknęłaby cię klęską wojenną i krajem w ruinach, ale to strata, z którą żyły miliony. Mogłabyś żyć, ale podjęłaś ryzyko w chwili dramatycznej i ze zwykłej dziewczyny stałaś się symbolem - Antygoną świata orwellowskiego obłędu.

Mówimy wszak o systemie, który z wielkiej odwagi i poświęcenia uczynił narodowy obowiązek. Ukazał globalną, poruszającą wyobraźnię milionów wizję nowego odrodzonego kraju wzywając "Niemcy przebudźcie się!" (Deutschland erwache!) i systematycznie na drodze do wielkiego celu nakazywał poświęcenia, małe i wielkie. Zmieniał życie zwyczajnych Niemców systematycznie, wdrażając ich pragnienie porządku i chęć życia z jakąś perspektywą rozwoju w rygory machiny wojennej. Nigdy nie zrozumiemy przyczyn zwycięstwa nazistów, jeśli oderwiemy lata 30. czas triumfu nazistów, od poprzedzającej go od ulicznej wojny, zamieszek, poczucia niestabilności a przede wszystkim Wielkiego Kryzysu, który w oczach wyborcy skompromitował demokrację Republiki Weimarskiej. System NSDAP, który z partii uczynił rdzeń państwa, a z jej ideologii sens istnienia narodu wprowadził nieznane przez całe pokolenie stabilizację i porządek, i na ulice, i w niemieckie życie polityczne, do niemieckich fabryk, urzędów i domów. Porządek wprowadzany przez partię, której siła tkwiła w bojówkach, był systemem nie znającym dyskusji, a dla przeciwników politycznych przewidywał miejsce izolowane od społeczeństwa i odstraszające, zamykał ich w obozach takich jak Dachau (KL Dachau został uruchomiony już 22 marca 1933, w zaledwie dwa miesiące po tym jak Hitler został Kanclerzem Rzeszy!). Dyktatura partyjna NSDAP nie była demokratycznym wyborem Niemców, ale była akceptowaną przez nich zideologizowaną partiokracją. To dlatego lata 30. pozbawione były znaczącego oporu wobec rosnących rygorów dyktatury. Inną przyczyną było to, że taki był charakter epoki, rządy dyktatorskie, bardziej lub mniej krwawe panowały w całej Europie. W tej perspektywie Niemcy w całej Europie i na świecie były widziane jako kraj, który osiągnął sukces, Hitler miał pochlebne edytoriale i rozkładówki w takich pismach jak Time i Life. Bez tego międzynarodowego uznania niemożliwa byłaby Olimpiada 1936, która przecież odbyła się w Berlinie. Po kilku latach systematycznego procesu upartyjniania oraz indoktrynacji codziennego życia jedyną metodą ucieczki dla świadomych politycznie obywateli o przekonaniach demokratycznych lub po prostu nienazistowskich, która nie była samobójstwem lub ucieczką była - znana także z PRL - emigracja wewnętrzna. Tą drogą podążył nadburmistrz Wrocławia w latach 1919-1933 (jakże charakterystyczne daty!) Otto Wagner. Odnalezienie nieznazyfkowanego kręgu ludzi, którym można zaufać i z którymi można przetrwać czarne lata dyktatury i wojny - oto zadanie śmiertelnie niebezpieczne, ale jakże istotne dla żyjących na marginesie systemu. Był to rodzaj konspiracji i do pewnego stopnia także ruch oporu - przynajmniej wewnętrznego - i łatwo można było się wystawić na cel. Dlatego tak niewiele wiemy o tych "podwodnych Niemcach", żyjących pod powierzchnią oficjalnych danych. Szybko się nauczyli, że zostawianie śladów choćby zdjęć ze wspólnych spotkań, pamiętników lub notatników z listą kontaktów, a nawet spotkania odbywane ciągle w tych samych miejscach są ryzykowne, że stopień swobody dyskusji zależy od zaufania wobec jej uczestników, a od tego może zależeć ich życie. To właśnie dlatego dzieje Białej Róży są tak istotne. Ale jest też inny, jeszcze ważniejszy powód.

Można by się zapytać: czy potrzebujemy bohaterów? Wszak to nie bohaterowie, ale wielkie armie wygrywają wojny; wygrywa logistyka. W ostatecznym rozrachunku rację ma ten kto potrafi zaopatrzyć armie frontowe w większą ilość rekruta, sprzętu wojennego, amunicji, paliwa. Prawdziwą krwią wojny są pieniądze, ostatecznym zasobem ludzie, których można wezwać pod broń. Przecież Niemcy nie przegrały dlatego, że hitleryzm był zły, skorumpowany czy niesłuszny, ale dlatego, że miały wrogów o wiele potężniejszych, którzy wykrwawiać się i płacić za wojnę mogli o wiele dłużej. Gdzie w tym bezlitosnym bilansie miejsce na bohaterów? Otóż jest dla nich miejsce, niezwykle ważne i to nie tylko na froncie. Już wskazaliśmy niektóre przyczyny zwycięstwa i późniejszych sukcesów NSDAP. Można wskazać także pewien szerszy kontekst, że zarówno poszczególni ludzie, jak i całe społeczności, także narody na aktualne wyzwania współczesności, na to co się wokół nich wydarza, reagują według dotychczasowych przyzwyczajeń. Mając na myśli ten bardziej lub mniej wspólny zespół nawykowych reakcji mówimy o charakterze i osób i całych narodów. To właśnie przeszłość i wzorcowe postaci z przeszłości budują język reakcji, wyznaczają granice rozumienia; z cmentarzy i pól bitewnych, z sukcesów gospodarczych, z osiągnięć przeszłości, z popularnych książek, ze szkolnej edukacji, ze szlagierów kultury popularnej i standardów kultury wysokiej zbudowany jest współczesny naród. Niemcy lat 30. były szybko rozstrzygniętym konfliktem kosmopolitycznej, entuzjastycznie kopiującej światowe wzorce mniejszości oraz rosnących w siłę, mających bojówki oraz wsparcie policji paramilitarnych szeregów zwolenników tradycjonalistycznych Niemiec. Jedynym znanym Niemcom wzorcem buntownika był rewolucjonista religijny Martin Luter i prowojenny rewolucjonista narodowy, żołnierz Lützowa, rewolucja Wiosny Ludów nie przysporzyła niemieckiej mowie politycznej wyrazów buntu wobec dyktatury. Po chaosie wojny i po chaosie rewolucji listopadowej, po chaosie powojennego zamętu a przede wszystkim po chaosie Republiki Weimarskiej i Wielkiego Kryzysu to porządek "ciepłej wody w kranie" był marzeniem ostatecznym w przeciętnym niemieckim domu. NSDAP tę "ciepłą wodę" dostarczyła. Schwytani w pułapkę codziennego porządku, wymagającego tylko niewielkich, codziennych ustępstw Niemcy jako społeczność podzielona na zawodowe, polityczne i religijne plemiona, wówczas jeszcze pozbawiona ogólnonarodowej solidarności; nie znalazła ani powodów, ani, co gorsza, nawet sposobu wyrażenia sprzeciwu. Dopiero ekstremalna sytuacja klęski wojennej, jawna widoczna i idąca od wschodu zagłada, świadomość końca dyktatury a być może nawet narodu spowodowała organizowanie się Niemców w walce samobójczą machiną tyranii hitlerowskiej. Znamy Krąg z Krzyżowej (Kreisauer Kreis), środowisko arystokracji i elit społecznych, znamy buntowników Stauffenberga, wyższych oficerów Wehrmachtu, którzy zdecydowali się złamać przysięgę - rzecz najcenniejszą dla żołnierskiego honoru - by uratować ojczyznę. Ale normalne życie narodu toczy się poza salonami, poza sztabem, poza dyskusjami polityków, w przeciętnym mieszczańskim domu, takim w jakim mieszkała rodzina Schollów.

Pamiętamy - a w każdym razie zawsze powinniśmy pamiętać - niezwykłej wagi scenę końcową z filmu Spartakus z 1960 z Kirkiem Douglasem w roli głównej. Buntownicy Spartakusa, żołnierze przegranej rewolty, pokonani niewolnicy, których czeka śmierć, zostali uwięzieni i stłoczeni; wtedy słyszą obietnicę - kto wyda Spartakusa tego czeka wolność i nagroda! Wówczas wstaje człowiek pośledniej postury przygarbiony i słaby, widząc go oczekujemy rychłej zdrady, lecz on mówi a właściwie wykrzykuje rzecz zupełnie absurdalną: Ja jestem Spartakusem! oznajmia. Mija chwila, ale zanim rzymscy żołnierze zdążą się roześmiać, wstaje następny i mówi to samo, tak samo pewnym siebie tonem - Ja jestem Spartakusem! Wstaje trzeci i czwarty, po chwili cała rzesza niewolników krzyczy: Jestem Spartakusem! To jest właśnie znaczeniem tej sceny - możecie nas zabić, ale to czym byliśmy - choćby przez chwilę - na zawsze pozostanie, bo przetrwa o nas pamięć, wy będziecie o nas wiedzieć i bać się, że powrócimy. To niezwykła siła człowieka, który mając tylko jedno życie, ma przed sobą całą historię. Być może Sophie Scholl, swoim poświęceniem jako Jedermann zachowujący honor w obliczu gilotyny podarowała tę niezwykłą siłę narodowi niemieckiemu. Może na tym polega siła przegranych bohaterów. Naród niemiecki miał tysiące Karlów Hanke, miliony Johannesów Krause, czy historia byłaby inna, gdyby miał tysiące Sophie Scholl?

Pisząc nasz blog piszemy o doprowadzającym do obłędu, nieopisywalnym szaleństwie wojny, zaledwie próbujemy dosięgnąć tematu. Z oczywistych nieuniknionych powodów przedstawiamy przerażające rzeczy jakie "ludzie ludziom" czynili codziennie, zwyczajne zbrodnie oblężonych w Twierdzy Niemców, wkrótce dotkniemy także działań żołnierzy sowieckich. Nie chcemy dać w ten sposób do zrozumienia, że Niemcy lub Rosjanie to zbrodniarze. Nie chcemy także przerzucić odpowiedzialności na jakiś anonimowy "system", który jakby spadł z kosmosu w 1933 i niespodziewanie odleciał z powrotem trzynaście lat później. Bohaterstwo dzieciaka z Hitlerjugend, który Parku Południowym widział swoich szkolnych kolegów rozszarpanych bolszewickim ogniem i nadal strzelał nie jest w niczym mniejsze niż bohaterstwo Sophie Scholl, która dwa lata wcześniej chciała by rodzice tego dzieciaka oprzytomnieli i zakończyli wojnę, zanim ktoś przebierze go w mundur i da broń do ręki. Tym bardziej potrzebny jest przykład Sophie, bo jedno poświęcenie jest wynikiem systemu zbrodni, a drugie zupełnie świadomym buntem przeciwko temu systemowi. Rzecz nie w tym, by rzucić swoje życie na szaniec, jaki bądź i byle gdzie, pójść za głosem megafonu i rozkazu, jak wytresowana prostymi bodźcami jednostka eksperymentalna Skinnera. Jesteśmy ludźmi i mamy arystotelesowski obowiązek używania rozumu. Tym czego nas uczy przykład Sophie jest nie tylko odwaga. Jest to przede wszystkim rozsądek, dojrzała mądrość postawienia się w opozycji do wszechogarniającego oceanu propagandy i tyranii. Jest ona buntownikiem heroicznym i rozumnym, do tego działającym w nieomal całkowitej izolacji.

Nie mając pewności czy nie za bardzo nabiłem w wytarty bębenek patosu przejdę do rzeczy. Sophie Scholl urodziła się w 1922 jako czwarte dziecko w rodzinie Roberta Scholl, który w latach 1919-1930 był burmistrzem Forchtenberg, małego miasteczka w Badenii-Wirtembergii. Luteranin o liberalnych pacyfistycznych poglądach i ojciec sześciorga dzieci, był przeciwnikiem władzy narodowych socjalistów, wychował swoje dzieci w duchu niezależności i zapłacił za to straszną cenę - do końca wojny czworo z nich już nie żyło, najmłodsza córeczka zmarła wkrótce po urodzeniu, Hans i Sophie zostali zamordowani przez reżim hitlerowski w lutym 1943, najmłodszy syn Werner zaginął w akcji w czerwcu 1944. Po wojnie Robert był jednym z założycieli Ogólnoniemieckiej Partii Ludowej (Gesamtdeutsche Volkspartei, GVP), która istniała krótko i nie odegrała wielkiej roli w życiu politycznym RFN, większość jej członków i znaczących działaczy przeszła do SPD.

W 1930, kiedy Sophie miała 8 lat, jej rodzina przeniosła się do Ludwigsburga, a 2 lata później do Ulm (cały czas Badenia-Wirtembergia), gdzie jej ojciec zajmował się doradztwem biznesowym. W wieku 12 lat wstępuje do Związku Niemieckich Dziewcząt (Bund Deutscher Mädel, BDM) założonej jeszcze w latach 20. gałęzi Hitlerjugend, która wówczas nosiła nazwę Schwesternschaften der Hitler-Jugend (Siostrzeństwo Młodzieży Hitlerowskiej) i jak sama nazwa wskazuje była żeńską wersją hitlerowskiego ruchu skautingowego. Jest już 1934, więc jest to już po zwycięstwie Hitlera, ale jeszcze zanim przynależność do tego typu organizacji stała się obowiązkowa. Jak z tego wynika, Sophie całkowicie dobrowolnie przystąpiła do rosnącej w siłę młodzieżowej organizacji, w której było już wiele jej koleżanek. W jednym z poprzednich wpisów dotyczącym znaczeń słów Gau i Gauleiter (Gau, Gauleiter) i rozwoju systemu narodowo-socjalistycznego. Jedną z jego cech było stopniowe zideologizowanie i upartyjnianie wszelkich przejawów życia codziennego, od 1933 ma miejsce tzw Gleichschaltung (Ujednolicanie) znany także z pierwszych lat PRL proces podporządkowywania i w efekcie likwidowania zróżnicowania organizacyjnego i politycznego celom partii rządzącej. W PRL-u mieliśmy połączenie PPS i PPR w jedną partię, tak naprawdę stanowiącą kontynuację PPR. I dokładnie na tym polegało hitlerowskie Ujednolicenie, wszystkie organizacje młodzieżowe zostały przyłączone lub bezpośrednio podporządkowane HJ Baldura von Schiracha, przynależność do tych organizacji była promowana przez partyjne państwo, wypadało wysyłać tam dzieci. Nie powinniśmy zapominać o roli zwykłej towarzyskiej presji "Mamo/Tato, wszystkie moje koleżanki/wszyscy moi koledzy, należą do HJ, ja też chce się zapisać!" co w tej sytuacji zrobi przeciętny rodzic? Pierwszym etapem było stworzenie organizacji, drugim - już po zdobyciu władzy - likwidacja lub podporządkowanie wszelkich innych wyborów, trzecim usilna promocja przynależności przez wspomaganie finansowe i propagandę, czwartym przymus przynależności, który w przypadku HJ rozpoczął się w 1936, piątym, który nastąpił już w warunkach wojennych było karanie za nieprzynależenie. Ten proces dotyczył wszelkich organizacji i miał swój dodatkowy aspekt - najpierw tworzenie ideologicznych stowarzyszeń jako konkurencji w celu wyeliminowania ideologicznego wroga (Stowarzyszenie Niemieckich Prawników jako metoda walki o wykluczenie prawników pochodzenia żydowskiego a później już po prostu nie wykazujących entuzjazmu wobec ideologii hitlerowskiej) a w końcu tworzenie takich organizacji tam gdzie w ogóle organizacji nie było, tylko (i aż) po to, by dotrzeć z ideologią wszędzie, by wszelkie przejawy życia poddać kontroli Wielkiego Brata z Wąsikiem i zaprząc w rydwan zwycięstwa III Rzeszy.

 Przez pewien czas pod wpływem swoich braci była chłopczycą z chłopięcą fryzurą i chętnie podejmowała się prób wytrzymałościowych. Trzy lata później, w 1937 ona, jej bracia oraz kilku jej przyjaciół wstąpiło do "Deutsche Jungenschaft vom 1.11.1929" jednej z organizacji młodzieżowych zachowujących pewną niezależność wobec ideologii narodowo-socjalistycznej, założona była - jak sama nazwa wskazuje - jeszcze w 1929. Jej założyciel Eberhard Köbel od 13 roku życia należał do Wandervogel (Wędrowny ptak) organizacji-matki niemieckiego ruchu skautingowego, mającej początki jeszcze w XIX wieku, wywodziło się w niej wiele innych, zarówno nazistowskich, jak i antynazistowskich. Znany z wynalezienia Kohte (nazwa pochodzi od słów "niemiecki czarny namiot") dużego wieloosobowego namiotu składanego z elementów, które mogły być noszone przez kilku ludzi, w środku można było rozpalić ogień. Namiot ten, przypominający trochę indiańskie tipi, został w 1935 przez Partię zakazany i uznany za przejaw "kulturowego bolszewizmu". W 1932, czyli jeszcze przed zdobyciem władzy przez nazistów porzucił nadzieję, że jego organizacja może odegrać jakąś rolę polityczną i zaangażował się w działalność Komunistycznej Partii Niemiec. W styczniu 1934 został aresztowany za "próbę infiltracji" HJ i był torturowany, ale wkrótce został uwolniony z zakazem przynależności do organizacji młodzieżowych, usiłowano go zabić podczas Nocy Długich Noży 30 czerwca 1934, ale udało mu się uciec przez Szwecję do Anglii. Na emigracji utrzymywał kontakt z antynazistowskim ruchem Wolnych Niemiec i w 1948 powrócił do Berlina, do DDR gdzie umarł w 1955. Jakieś oddziały konspiracyjnej dj 1.11 musiały przetrwać do 1937. Niestety wkrótce przynależność do nich się wydała i jesienią 1937 zostali aresztowani. Miała wówczas 15 lat. Wypuszczono ich na mocy amnestii w 1938. Jeszcze przed aresztowaniem podczas potańcówki poznaje Fritza Hartnagela, w którym wkrótce połączy ją romans. Rok wcześniej Fritz zgłasza się na ochotnika do wojska. jest więc do końca wojny zawodowym żołnierzem. Jeżeli kiedykolwiek coś ją fascynowało w ideologii nazistowskiej okres aresztowania był to kubeł zimnej wody, od tamtego czasu wszystko co robiła polegało na dryfowaniu w obrębie społeczeństwa kontrolowanego przez Partię, tak by mieć, jak najmniej z nią do czynienia. Zainteresowała się sztuką i szybko odkryła zarówno własne uzdolnienia w tym zakresie, jak i upodobanie do "sztuki zdegenerowanej" (Entartete Kunst), czyli zakazanej przez Partię estetyki wykraczającej poza nakazany kanon. Słynna wystawa pod tą właśnie eponimiczną nazwą "Entartete Kunst" została zorganizowana w Monachium, czynna była od 19 lipca do 30 listopada 1937. Hitler zapowiadał bezlitosną wojnę z obrażającymi naród niemiecki "zwyrodniałymi" formami sztuki, które nie mają nic wspólnego z naturą lub po prostu obnażają brak uzdolnień. Był to dalszy ciąg rewolucji kulturowej rozpoczętej słynną akcją palenia książek z maja 1933. Ulm leży zaledwie 150 km od Monachium, czy Sophie pojechała zobaczyć Sztukę Zdegenerowaną? Jesienią następnego roku, w nocy z 9 na 10 listopada, płonęły synagogi w całej Rzeszy (Kristallnacht), spłonęła m. in. synagoga w Ulm. Z pewnością oglądała ruiny. Była idealistycznie nastawioną luteranką, przemoc religijna i polityczna była jej obca. Wiosną 1940 kończy szkołę średnią, jej wypracowanie końcowe ma wiele znaczący tytuł "Ręka, która wprawia w ruch kołyskę, porusza światem" (tytuł opublikowanego w 1865 poematu poety amerykańskiego Williama Rossa Wallace'a "The Hand That Rocks the Cradle Is the Hand That Rules the World", który szybko stał się popularnym powiedzeniem). W zgodzie z tym, podejmuje pracę przedszkolanki i wkrótce odkrywa tą pracę jako alternatywę do obowiązku służby w Służbie Pracy Rzeszy (Reichsarbeitsdienst, RAD), niestety państwo niemieckie nie uznaje tej alternatywy i Sophie chcąc studiować musi podjąć obowiązkową półroczną służbę w RAD jako nauczycielka pielęgniarek w Blumbergu (nadal Badenia-Wirtembergia).

W maju 1942 już po odsłużeniu obowiązkowej pracy w RAD zapisuje się na uniwersytet w stolicy Bawarii, Monachium. Studiuje biologię i filozofię. Poprzez swojego starszego o trzy lata brata Hansa, poznaje wielu ludzi myślących podobnie do niej i z tego powodu znajdujących się na marginesie życia III Rzeszy, która w tym czasie już maszerowała na wojnie toczonej na obu frontach. Rozpoczyna się ostatni rozdział jej życia trwający niecały rok. Znajduje się w kręgu znajomych podzielających podobne poglądy, prowadzą wspólne życie, dyskutują, odbywają wycieczki w góry, jeżdżą na nartach. chodzą na koncerty i sztuki teatralne, polecają sobie książki. Ale pośród tej nieomal pocztówkowej oazy pięknoduchów żyjących w totalitarnym kraju, który rozpętał wojnę światową i morduje ludzi milionami dojrzewa myśl o walce, bez pytania o szanse powodzenia. Działać, robić cokolwiek co ma sens, nie być obojętnym wobec koszmaru. Jeszcze w maju 1941 Hans przeczytał trzecie ze słynnych kazań biskupa Munster Clemensa Augusta Grafa von Galena dotyczące zrealizowanego w 1940 roku programu likwidacji osób chorych umysłowo i oraz pewnych grup chorych doświadczonych przez nieuleczalne schorzenia połączonych w nazistowskiej definicji "życia nie wartego życia" (lebensunwertem Leben) znanego pod kryptonimem Aktion T4, w wyniku tej operacji zamordowano 70 tysięcy ludzi. Biskup von Galen zwany z powodu swojej nieugiętej postawy "lwem z Münster" został beatyfikowany w 2005 przez papieża Benedykta XVI. Najbardziej znane są jego trzy kazania z 13 i 20 lipca, oraz 3 sierpnia rozprowadzane nielegalnie w tysiącach kopii, później również zrzucane nad Niemcami przez RAF. Są dla późniejszych członków Białej Róży ważną inspiracją i wskazówką. Poznała m. in. Theodora Haeckera, tłumacza na niemiecki dzieł Kierkegaarda i kardynała Newmana. Haecker pod wpływem Newmana przeszedł na katolicyzm. Również dla niej Newman musiał stać się istotnym wzorcem, bo dwutomowe wydanie jego kazań podarowała Hartnagelowi, kiedy ten został wysłany na front wschodni w maju 1942, czyli dokładnie kiedy zaczęła studia. Z listów Fritza dowiaduje się o sytuacji na froncie wschodnim, o masowych egzekucjach jeńców sowieckich, o mordowaniu Żydów. W czerwcu 1942 Biała Róża rozpoczyna działalność: dystrybucję ulotek. Od czerwca 1942 do lutego 1943, czyli przez dziewięć miesięcy było ich sześć. Wierząc, iż najbardziej przeciwna wobec nazistowskiego reżimu będzie inteligencja niemiecka i to raczej z południa Niemiec wysyłają ulotki do profesorów i studentów, zostawiają je w książkach telefonicznych w budkach publicznych i dystrybuują na terenie uniwersytetu. Wakacje 1942 spędza w fabryce metalurgicznej w rodzinnym mieście. Ale nie może się spotkać z ojcem, który w tym czasie odbywa karę więzienia za krytykę Fuhrera, jego rządy nazwał "plagą biblijną" za co został skazany na cztery miesiące więzienia. Latem 1942 kilku członków Białej Róży odbyło praktyki medyczne na froncie wschodnim i wracają w listopadzie przynosząc ze sobą przerażające opowieści o tym co naprawdę tam się dzieje. Willi Graf widział getta żydowskie w Łodzi i Warszawie. Wiedzą i widzą dość by przeciwstawić się reżimowi.

Biała Róża (Weiße Rose) była nieformalną organizacją, raczej gronem przyjaciół działających w tajemnicy i to bardzo zróżnicowanym gronem. Było to raptem dwadzieścia kilka osób, większość z nich stanowili studenci uniwersytetu monachijskiego, którzy niedawno skończyli 20 lat, do tego grona należał również profesor filozofii i muzykologii, Kurt Huber. Eugen Grimminger przyjaciel ojca Sophie, biegły rewident ze Stuttgartu i buddysta, finansował działalność, później naziści trafili na ślad jego przelewów ale zdołał się wybronić twierdząc iż nie wiedział na co są przeznaczane pieniądze, jego żona Jenny była Żydówką, przez pewien czas chronioną przez fakt małżeństwa z Niemcem (w kategoriach ustaw monachijskich) ale ostatecznie wysłano ją do Auschwitz. Czworo z członków Białej Róży było luteranami, m. in. Sophie i Hans Scholl. Alexander Schmorell był prawosławnym i po śmierci przez kościół ortodoksyjny został ogłoszony świętym i męczennikiem. Christoph Probst ochrzcił się przed egzekucją. W przypadku Sophie i kilku innych członków organizacji ważny był czynnik religijny, ale dla większości z nich podstawą było obywatelskie nieposłuszeństwo, odrzucenie okropieństw reżimu i świadomość tego co spowodował. Niestety, byli zupełnymi amatorami konspiracji, zapominają o jednej z najważniejszych zasad - ukryciu gniazda organizacji. Ponieważ był nim uniwersytet monachijski powinni pilnować by jego pracownicy nie dostawali więcej listów niż wynikałoby to ze statystyki, ale przede wszystkim nie powinni decydować się na dystrybucję ulotek w budynkach uniwersytetu. Było to jawne wyznanie uczynione wobec gestapo - jesteśmy stąd. Z tego powodu oraz przez przypadek, czy raczej kolejną nieostrożność wpadają.

18 lutego 1943 w niedzielę, minister propagandy Rzeszy Joseph Goebbels w berlińskim Pałacu Sportu (Der Berliner Sportpalast), ogromnej sali na 10 tysięcy osób wygłasza słynne trwające 109 minut przemówienie, które przechodzi do historii jako najlepszy przykład wojennej retoryki narodowo-socjalistycznej. Podsumowując klęskę pod Stalingradem seria retorycznych pytań, konstruując serię alternatyw z jedyną możliwą odpowiedzią, które w kulminacji staje się wezwaniem do wojny totalnej: 'Ich frage euch: Wollt ihr den totalen Krieg? Wollt ihr ihn, wenn nötig, totaler und radikaler, als wir ihn uns heute überhaupt erst vorstellen können?". W tym czasie Sophie i Hans Scholl są już aresztowani i przesłuchiwani przez gestapo. Jak do tego doszło?

Wcześniej tego fatalnego dla nich dnia, oboje przynieśli na uniwersytet teczkę, w której było 1700 ulotek i pośpiesznie je rozkładali na korytarzach przed salami w których prowadzone były wykłady, kiedy już skończyli i wychodzili z budynku Sophie zorientowała się że ma w teczce jeszcze pewną ich ilość i uznała iż szkoda by było nie rozrzucić ich. Szybko, pod wpływem impulsu wbiegli klatką schodową wokół atrium i z samej góry Sophie zapominając o wszelkich względach bezpieczeństwa będąc w bardzo widocznym miejscu cisnęła nimi w powietrze. Widział to woźny uniwersytecki Jakob Schmid. Policja natychmiast aresztowała rodzeństwo. Przesłuchiwał ich Robert Mohr, weteran Wielkiej Wojny, od 1933 członek NSDAP, który od 1938 pracował w monachijskim gestapo i był specjalistą od przesłuchań. Początkowo uznał Sophie za niewinną, ale kiedy tylko dowiedziała się, że jej brat się przyznał, również to zrobiła i wzięła cała odpowiedzialność na siebie chcąc przynajmniej ochronić pozostałych członków Białej Róży. Ale w wyniku intensywnego śledztwa gestapo trafiło na ślad pozostałych i zlikwidowało całą organizację. Po trzech dniach przesłuchań, kiedy gestapo uznało, że już niczego więcej się od nich nie dowie, w czwartek 22 lutego oboje stanęli przed Trybunałem Ludowym (Volksgerichtshof). Był to specjalny rodzaj sądu ustanowiony już na początku istnienia III Rzeszy w 1934 poza konstytucyjnymi prawami jako jednoinstancyjny sąd doraźny. Po wojnie uznane zostały za narzędzie tzw mordów sądowych (Justizmord) - specjalnej kategorii morderstw politycznych dokonywanych w państwach totalitarnych z zachowaniem pozorów praworządności. Rozprawie przewodniczył Roland Freisler. Podczas rozprawy Sophie zachowywała się odważnie, nie usiłowała prosić o łaskę, pytała "Wiecie dokładnie tak samo, jak my, że wojna jest już przegrana. Dlaczego nie macie odwagi, żeby to przyznać?" Wszyscy troje: Sophie i Hans Scholl oraz Christoph Probst zostali skazani na śmierć. Już po wydaniu wyroku będąc w celi śmierci w więzieniu Stadelheim, Sophie dowiaduje się, że prawo zwyczajowe gwarantujące miesiąc pomiędzy wyrokiem śmierci a egzekucją zostało zniesione, że wszyscy troje zostaną zamordowani jeszcze tego samego dnia. Nie załamuje się. Widząc śmierć brata mówi "niech żyje wolność". Jej chłopak Fritz Hartnagel 22 lutego 1943 - w ostatniej chwili - ranny jest ewakuowany z kotła stalingradzkiego. Już nie zdąży zobaczyć Sophie. Fritz przeżyje wojnę i ożeni się z jej dwa lata starszą siostrą Elisabeth.

Od lewej: Hans i Sophie Scholl oraz Christian Probst, Monachium lipiec 1942.

W kwietniu 1943 odbyły się kolejne procesy członków Białej Róży. Alexander Schmorell i Kurt Huber zostali ścięci 13 lipca 1943, Willi Graf 12 października 1943, Hans Conrad Leipelt, który pomógł w dystrybucji ostatniej ulotki w Hamburgu, został zabity 29 stycznia 1945. Roland Freisler przewodniczący Trybunału Ludowego zginął 3 lutego 1945 trafiony nieomal bezpośrednim uderzeniem bomby podczas bombardowania Berlina już po tym jak z powodu alarmu bombowego rozkazał odesłać więźniów do schronu i pozostał w pomieszczeniu zbyt długo by zebrać akta sądowe. Przesłuchujący rodzeństwo Scholl gestapowiec Robert Mohr nie został po wojnie ukarany, od 1948 pracował w spa w Bad Dürkheim, umarł w 1977 w wieku 80 lat. Biskup von Galen również przeżył wojnę, chociaż Hitler niejednokrotnie chciał go zabić, ostatecznie jednak odłożono realizację tych planów na "po wojnie" i ostatecznie dzielny biskup umarł z powodu choroby w 1946. Tekst ostatniej ulotki Helmuth James Graf von Moltke przeszmuglował przez Skandynawię do Anglii i już w lipcu 1943 zatytułowane "manifest studentów monachijskich" zostały zrzucone na niemieckie miasta. Pięć dni po śmierci córki, 27 lutego Robert Scholl jest skazany na 18 miesięcy więzienia za słuchanie nieprzyjacielskich audycji radiowych.

Roland Freisler jest dość tajemniczą postacią. Urodzony w 1893 w Celle, średniej wielkości mieście w Dolnej Saksonii, już jako kadet bierze udział w Wielkiej Wojnie. W 1915 w stopniu porucznika dostaje się do niewoli rosyjskiej, tam uczy się rosyjskiego, a po wybuchu rewolucji zaczyna się interesować ideologią marksistowską. Podobno zostaje komisarzem wśród jeńców niemieckich, ale obecnie uważa się że oznacza to tylko rangę w obozie, a nie przekonania. Ale i tak później wielokrotnie musi udowadniać, że nie jest bolszewikiem. Wraca do Niemiec w 1920 i zaczyna studiować prawo na uniwersytecie w Jenie, który kończy w 1922. Od 1924 pracuje jako prawnik w Kassel. W 1928 wstępuje do NSDAP i jest prawnikiem partyjnym pomagającym członkom partii, którzy popadli w konflikt z prawem. Kiedy Hitler zostaje Kanclerzem awansuje choć nie od razu. W styczniu 1939 Freisler staje na czele wydziału Pruskiego Ministerstwa Sprawiedliwości, a już w następnym roku Ministerstwa Sprawiedliwości Rzeszy, które reprezentuje podczas Konferencji w Wannsee 20 stycznia 1942. Tam właśnie zadecydowano o "ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej". W sierpniu 1942 zostaje awansowany na przewodniczącego Trybunału Ludowego i właśnie podczas pełnienia tej funkcji ginie trzy lata później w siedzibie Trybunału przy Bellevuestrasse 15 (dawnego budynku König-Wilhelm-Gymnasium zbudowanego w 1865). Wiadomo, że był wielkim admiratorem sowieckiego prokuratora Andrieja Wyszyńskiego, który jest autorem powiedzenia "dajcie mi człowieka, a znajdę na niego paragraf". Był niesłychanie gorliwym i agresywnym sędzią - nawet wg standardów nazistowskich. W okresie władzy Freislera 90% wszystkich wyroków stanowiły wyroki śmierci lub dożywotniego więzienia, sam tylko pierwszy skład któremu przewodniczył odpowiedzialny jest za 2600 wyroków śmierci, czyli więcej niż wydały wszystkie inne składy przez cały czas istnienia Trybunału od 1934 do 1945. To właśnie jego skład zajmował się oskarżonymi w związku z zamachem 20 lipca. Jedną z jego ofiar był Klaus Bonhoeffer, starszy brat Dietricha Bonhoeffera, o którym jeszcze napiszemy.

Wszystkim zainteresowanym zarówno działaniem systemu totalitarnego jak i procesem Sophie Scholl polecamy obejrzenie filmu "Sophie Scholl - Die letzten Tage" , zrealizowany w chłodny i oszczędny sposób przedstawia ostatnie pięć dni z życia Sophie z nieomal dokumentalną dokładnością.

Odnośniki:



[td]

poniedziałek, 23 lutego 2015

23 lutego, piątek


23 lutego, piątek


Krążą nad miastem samoloty, wirują odstraszając wrogów. Spokojny dzień zza rogu parafii św. Maurycego. Msza o 9 odbyła się jak dawniej, jednak frekwencja zupełnie nie taka jaką życzyłby sobie proboszcz. Jak się okazało od 10 wojenna zawierucha zaczęła się od nowa. Ostrzał i bombardowanie… czyżby strażnikom niemieckiego nieba zabrakło paliwa? Armia Czerwona nie próżnując zajęła dzisiaj fabrykę smoły przy Borowskiej.
Ksiądz Peikert relacjonuje dochodzące echa Rosyjskich głośników słyszalnych od strony Legnickiej. Tymczasem wiosenne roztopy nie sprzyjają żadnej ze stron, wyrównując szanse przeciwstawnych armii. 

„(…)Podczas nieustających deszczów ziemia zamienia się w grząskie błoto. Ciągle nadchodzą wieści o dalszym terroryzowaniu i ucisku ludności przez obwodowe grupy partyjne. Na Legnickiej wzywano kobiety i mężczyzn, po czym odkomenderowywano ich do prac przy szańcach na Komandorskiej. Doszedłszy tam, muszą wykonywać swoją pracę w ogniu nieprzyjacielskich dział. Wieczór jest spokojny, noc mglista i dżdżysta(…)” 

Peikert, czuły i wrażliwy jak zwykle, kolejny raz zwraca uwagę na niedolę cywilów, nie zapisał dziś jednak że główna krzywda dotyczyła obcokrajowców, którzy dziś w niemieckim Breslau nie mają żadnych praw, często stracili także nazwisko, stając się mięsem przydatnym do ciężkiej pracy. 14-16 godzin dziennie bez przerwy, do jedzenia rzucane odpadki i zepsute resztki. Stan więźniów przymusowych w Breslau był dramatyczny. Często wystawiani na pierwszą linię ognia do uzupełniania wyrw w barykadach stawali się żywymi tarczami. Niemiecka nauka wyniesiona z Powstania Warszawskiego nie poszła w las. Praktyka wyniszczenia doprowadzona do perfekcji dotknęła najsłabszych. Typowe wczoraj, dzisiaj i jutro wędrówki z obozów do obozów tworzonych w szkołach, restauracjach i nieczynnych magazynach przynoszą każdego dnia setki ofiar. Obozy celowo lokalizowane były w bezpośrednim sąsiedztwie najcięższych walk i tuż przy stanowiskach artylerii. W okolicach Linke Hofmann Werke obóz postawiono w barakach przy Karpackiej. Pięć tysięcy Polaków. Nie inaczej było bliżej centrum. Największy, zlokalizowany przy Haukego Bossaka nazywał się Clausewitzschulle. Wśród 10000 osadzonych znalazło się 2000 Polaków. Jedna z więźniarek Irena Siwicka wspomina piwnice obozu w których zlokalizowano ambulatorium. Piekło, to zaledwie poczekalnia do warunków panujących w Breslau.

„(…) W małej piwniczce, kocem oddzielonej od korytarza, gdzie krzyżowało się mnóstwo rur wodociągowych, kanalizacyjnych i gazowych, na wąskiej ławie, przy świetle świecy lub karbidowej lampki rowerowej – amputowano ręce i nogi, łatano twarze, czaszki, jamy brzuszne, wyjmowano niezliczoną ilość odłamków. W tych warunkach dokonywano nawet rozkawałkowania płodu. Na tej samej ławie zmieniano opatrunki, najczęściej ropne. Na tej samej ławie kładziono przyniesionego rannego, a krew z niego chlustająca oblewała ratujących. Często byliśmy tak przesiąknięci krwią, że koszule kleiły się nam do ciała. Ciasnota zmuszała nas do ograniczania ruchów w czasie operacji.(…) Najstraszniejsze rany odnosiły dzieci. Ciągnęło je podwórko, ulica, słońc, chęć ruchu i zabawy. Wyrywały się matkom i opiekunom i w ten sposób drobne stopy beztrosko niosły je ku zgubie…Przynoszono te potworne kadłubki nam. Z rękami urwanymi do pach, nogami aż po brzuszki, wywalonymi wnętrznościami, z widocznym poprzez ogromne dziury w głowie mózgiem(…)”

I niech nikt mi nie mówi, ze wojna jest dziejową koniecznością, niech nikt nawet nie wspomni o nadrzędnej potrzebie. Obozy znajdowały się także na terenie Archimedesu, fabryki Knautch oraz Hydrimetr, w szpitalach św. Ducha, św. Jerzego, na terenie Wyższego Seminarium Duchownego, przy ul. Kleczkowskiej 50. Znany w mieście obóz Burgweide na Polanowicach stał się mogiłą zbiorową przeszło 4000 więźniów. Ogółem kilkanaście tysięcy stłoczonych w ciasnych norach dożywało końca swoich dni nie znając kolejnych decyzji obrońców niepokonanego Breslau.
Linia frontu była bardzo dynamiczna, szczególnie podczas pierwszych szturmów. Dzisiaj 309 Dywizja Piechoty złamała opór pułku Wehl broniącego wejścia od południa, przesuwając własne pozycje do poziomu ulicy Hallera. Na zachodzie pozycje niemieckie zostały przeniesione na Maślice. Kolejne decyzje mające kluczowe znaczenie dla przyszłości Wrocławia zapadły dzisiaj wraz z pojawieniem się nowego rozkazu.

(…)Aby zagwarantować zaopatrzenie Breslau również po utracie lotniska na Gądowie, na rozkaz fuhrera należy natychmiast rozpocząć budowę wewnętrznego lotniska miejskiego. Komendant twierdzy zamelduje o lokalizacji lotniska i rozpoczęciu prac(…)”

Ahlfen odwiedził nowo powstające jeszcze przed ogłoszeniem dzisiejszego rozkazu lotnisko przy Polach Marsowych, obok stadionu, na wschód od Parku Szczytnickiego. Jednak obrońcom twierdzy taka możliwość nie wystarczała, stając się początkiem końca dzielnicy naukowej.

„(…)Zorganizowane przez specjalistę Dos praw lotnictwa podpułkownika von Friedeburga z miejskim radcą budowlanym oględziny w terenie ujawniły jedyną, ale gorszą od Pól Marsowych możliwość: budowę pasa startowego na przebiegającej z południowego zachodu na północny wschód 1300 metrowej Kaiserstrasse(…)”

Należało jeszcze wyciąć latarnie, zrównać z ziemią domy, wypruć sieć trakcyjną, wyciąć drzewa i wymazać gumką z planu Pharusa kawałek miasta.[tom]