piątek, 23 stycznia 2015

23 stycznia, wtorek. Twierdza.

Jakże zmieniło się to miasto w ciągu ostatnich kilku dni. Chaos nadal trwa, ale dziś jest to chaos gwałtownie opustoszałej Twierdzy.

17 stycznia Wrocław jeszcze "przypominał normalnie funkcjonujące miasto" (Horning). Wraz z załamaniem sytuacji na wschodzie na dworcach zaczęły się gromadzić tłumy, wkrótce pojawiły się pierwsze wozy z uciekinierami z Kraju Warty. Choć sowieci wtargnęli tam już 16 stycznia, jeszcze 19 stycznia władze zapewniały, że Gau (jednostka administracyjno-państwowa, na której czele stał Gauleiter; odpowiednik województwa) na zawsze pozostanie niemiecki, ale jeszcze tego samego dnia uciekinierzy z poznańskiego, głównie chłopi na wozach, tworzyli już niekończącą się, nieprzeliczoną kolumnę. Wkrótce dołączyli do nich mieszkańcy ewakuowanych powiatów na wschód od Odry.

Jak relacjonuje to ksiądz Paul Peikert we wpisie datowanym na 22 stycznia: "Począwszy od czwartku 19 [stycznia] ciągnie się teraz nieprzerwana rzeka uchodźców dniem i nocą i nie można jeszcze przewidzieć, kiedy ona wyschnie.[...] Ze Świebodzic doniesiono mi telefonicznie, że tam u podnóża gór piętrzy się rzeka uchodźców. W zimnych stodołach, w zamarłych, lodowato zimnych fabrykach lokuje się tłumy uchodźców. [...] Nastała nieopisana niedola i nieopisana nędza. Od niemal 10 dni, a nawet dłużej, dworce były zatłoczone ludźmi, co zastraszeni chcieli opuścić zagrożony obszar. Matki z małymi dziećmi, matki w ciąży, starzy, wynędzniali ludzie, z trudem poruszający się o lasce, wśród nich duża gromada dzieci i młodszych kobiet - oto był obraz ówczesnych dworców kolejowych. Przez wiele godzin, a nawet dzień albo i dwa na przejmującym zimnie musieli uchodźcy czekać na dworcach do czasu, aż ich wpuszczono do pociągu ewakuacyjnego. Jakaś kobieta z czworgiem małych dzieci (najstarsze w wieku 8 lat, najmłodsze 8 dni) leżała przez 36 godzin na Dworcu Świebodzkim. Wyczerpana poszła potem ze swoimi dziećmi do domu, ponieważ nie mogła odjechać pociągiem. Trafiało się też, że na dworcach matki rodziły przedwcześnie z przestrachu i podniecenia wywołanego ucieczką. W potwornym tłoku, obładowane licznymi bagażami, gubiły często swe dzieci, których nieraz więcej już nie odnajdywały. Wywoływano potem nazwiska tych dzieci, lecz matka się nie zgłaszała. Bywało też, że matki poszukiwały swych dzieci i polecały same ogłaszać nazwisko, a dziecko nie zgłaszało się więcej. Doniesiono mi, że na samym Dworcu Głównym zaduszono na śmierć lub stratowano 60-70 dzieci."

Grozę następnych dwóch dni, najstraszliwszego weekendu w dziejach Wrocławia już opisywaliśmy. 20 stycznia ogłoszono ewakuację Kraju Warty, Wrocławia i okolic. W ciągu trzech dni, do poniedziałku Wrocław opuściło być może nawet 700 tysięcy ludzi. To więcej niż obecnie w nim mieszka. Dołączyli do nieprzeliczonej rzeszy uciekinierów podążających z Prus Wschodnich, ze Śląska, z Kraju Warty na zachód; z Nadrenii i Zagłębia Ruhry na wschód. Miliony ludzi na zaśnieżonych drogach, podążając nie wiadomo dokąd, w zupełnym zamieszaniu, bez pomocy. Każdego dnia tysiące z nich umierało w milczeniu z zimna, wycieńczenia, paniki i głodu. W tę sobotę i niedzielę ten tragiczny los spadł na wrocławian jak wyrok.


Styczeń 1945, Śląsk.
Paul Peikert: "Nieopisana była tragedia zmuszonych do ucieczki szosą. Nieprzejrzane szeregi kobiet i dzieci z wózkami dziecięcymi lub małymi wózkami ręcznymi przeciągały ulicą. Skutkiem ostrej zimy ulice przykrywa śnieg i lód. Małe wózki przystosowane do gładkich ulic wielkiego miasta rozpadają się, trafiwszy na zawiane i oblodzone ulice podmiejskie. Nędzne mienie trzeba wtedy wlec dalej ręcznie, tak że kolumny przesuwają się bardzo wolno naprzód. Wiele dzieci i dorosłych zmarzło w przejmującym zimnie i legło w rowach przydrożnych. Odziały usuwające te zwłoki (Suchkommandos) znalazły tak wiele tych trupów, że nie mogły pomieścić ich na ciężarówkach. Doniesiono mi wczoraj, że jeden z tych oddziałów zebrał ponad 400 zwłok dzieci i dorosłych na stosunkowo krótkim odcinku. Zapewne nigdy nie dowiemy się liczby tych, co życiem przypłacili ucieczkę podczas srogiej zimy"


W poniedziałek 22 stycznia zakończyło się funkcjonowanie resztek cywilnego Wrocławia - jak opisuje to pastor Ernst Horning: "lokalne władze opuściły miasto lub zakończyły swoje urzędowanie. Urzędnicy dostali urlopy i pozwolono im wyjechać z Wrocławia, o ile, rzecz jasna, nie podlegali Wehrmachtowi czy Volkssturmowi. Tego samego dnia Uniwersytet został przeniesiony do Drezna. Exodus ten dosięgnął również politechnikę, kliniki uniwersyteckie na Szczytnikach, seminaria oraz instytuty wyższych uczelni. Także profesorowie uniwersyteccy zdecydowali się, z niewielkimi wyjątkami, na wyjazd z miasta. Budynki sądów, nowa siedziba zarządu rejencji przy pl. Powstańców Warszawy oraz Urząd Pracy na Pomorskiej - nagle opustoszały."

I kiedy topniejące z każdym dniem masy uciekinierów, głównie kobiet, dzieci i ludzi starych, zapełniały niekończącymi się kolumnami drogi Dolnego Śląska, miasto, które pozostawili za sobą, zmieniło się na zawsze. W tym powolnym marszu, koszmarnie przypominającym czar z Hameln, wytoczyła się z niego krew i dusza. Pękła na zawsze jego historia.

Co pozostało z dawnego Wrocławia?  Paul Peikert: "Ludność Wrocławia po ewakuacji liczy dziś około 180-200 tys. Osób. Głównie są to ludzie starzy i ich bliscy, którzy woleli się nie narażać na niebezpieczeństwo ucieczki. Mimo to organy partyjne stosują bezprzykładny terror, aby jeszcze i tych nielicznych usunąć z Wrocławia. Wrocław ma być utrzymywany przez wojsko do ostatka i zachodzi obawa kryzysu żywnościowego przy długotrwałym oblężeniu, jeśli tu pozostanie zbyt wielu ludzi. Wczoraj zawrócił pociąg z uciekinierami skierowanymi do Legnicy. Donoszą, że wywozi się uciekinierów za miasto do Kątów Wrocławskich lub Miękini, a potem muszą opuścić pociąg i dalej uciekać pieszo szosą."

Ernst Horning "Hiobowe wieści o tragicznej sytuacji na zaśnieżonych drogach szybko dotarły do miasta, a perspektywa ucieczki bez zakwaterowania i wyżywienia przeraziła pozostałych we Wrocławiu mieszkańców. Wielu z nich twierdziło, że w mieście mają jeszcze swoje mieszkania i łóżka, węgiel i kartofle, i jeśli już, to wolą umrzeć tutaj, niż zamarznąć czy też skonać z głodu podczas ucieczki. Tym samym we Wrocławiu pozostało około 200 tysięcy mieszkańców, łącznie z tymi, którzy pełnili różne służby. Do tego doszło jeszcze kilkadziesiąt tysięcy ludzi z powiatu wrocławskiego, którym nie udała się ucieczka na południe lub na zachód i którzy znaleźli schronienie w mieście. W ten sposób liczba osób zamkniętych we Wrocławiu wynosiła blisko 250 tysięcy. [* źródła partyjne szacowały liczbę pozostałych osób cywilnych dużo niżej, według nich było ich mniej niż 80 tysięcy]"


Oto co wydarzyło się 23 stycznia - wg relacji Ernsta Horninga - "Kiedy w odezwie Gauleiter podał do wiadomości publicznej "Nasza stolica została ogłoszona twierdzą", następnego dnia przeprowadzono w Gau Niederschlesien mobilizację wszystkich mężczyzn od szesnastego do sześćdziesiątego roku życia w szeregach Deutsche Volkssturm". [td]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz